III
Gdy
wracałam do domu, zdążyło zrobić się dość ciemno. Jedynie na
horyzoncie widniała pomarańczowa smuga światła, która
towarzyszyła zachodzącemu słońcu. Powietrze było zaskakująco
chłodne oraz wilgotne, zwiastowało deszcz. Otuliłam się swetrem
skostniałymi z zimna palcami, po czym przyspieszyłam kroku.
Cały czas myślałam
o Marry z nadzieją, że zastanę ją w dużo lepszym stanie niż o
poranku. Jednak kiedy tylko dotarłam na odpowiednią ulicę,
spostrzegłam Chrisa, który chodził nerwowo wzdłuż drzwi naszego
domku. Gdy tylko mnie spostrzegł, zaczął biec w moim kierunku:
– Ivon! Ivon!
– Co się
stało? – zapytałam zaniepokojona.
Przykucnęłam, żeby
móc spojrzeć na jego pobrudzoną buzię oraz dowiedzieć się, co
się dzieje.
– Z Marry
jest źle – oznajmił pospiesznie.
Natychmiast złapał
moją dłoń, po czym zaczął pędzić w kierunku domu. Ledwie
nadążałam za tempem, jakie narzucał. W dodatku z każdą chwilą
rósł mój niepokój.
Weszliśmy do
środka, a ja od razu skierowałam się do posłania chorej
siostrzyczki. Mała kuliła się z bólu, trzymając za brzuch, i
drżała z powodu wysokiej gorączki. Pogłaskałam z troską jej
włoski. Po chwili przeniosłam spojrzenie na przejęte dzieci.
– Chris,
przynieś wody ze studni – rozkazałam, na co od razu pobiegł
wykonać polecenie.
– Co jej
jest? – zapytała cicho Madeline.
– Nie wiem –
powiedziałam szczerze. Sięgnęłam po miseczkę, zaczerpnęłam
trochę z wiaderka wody, po czym podałam trochę chorej. – Ale na
pewno niedługo wyzdrowieje – dodałam, choć sama w to nie
wierzyłam. Bez wątpienia nie było to zwykłe znane mi
przeziębienie czy inne zatrucie.
– A będzie
się mogła jutro ze mną pobawić? – wymamrotała niepewnie,
wlepiając wzrok w podłogę.
– Obawiam
się, że będzie potrzebowała dużo odpoczynku, więc może nie dać
rady – oznajmiłam, a następnie przeniosłam spojrzenie na stojącą
obok siostrę i uśmiechnęłam się. – Za kilka dni wydobrzeje na
dobre, a ja zrobię wam nową lalkę do zabawy – powiedziałam, na
co Madeline od razu się rozpromieniła oraz objęła mnie swoimi
chudymi rączkami.
Kiedy wrócił
Chris, podałam Marry resztę leku, namoczyłam kawałek szmatki w
lodowatej wodzie i zaczęłam schładzać jej rozpalone czoło.
Próbowałam odgadnąć, co jej dolegało. Może to jednak było
zatrucie? A może silne przeziębienie?
– Ivon? – Z
rozmyślenia wyrwał mnie głos brata.
– Tak?
– Kiedy
będzie kolacja? – zapytał, nie patrząc na moją twarz, lekko
zawstydzony swoją śmiałością.
– Już robię.
– Podniosłam się. – Jeśli okład zrobi się ciepły, to namocz
go w wodzie dopiero przyniesionej ze studni – poinstruowałam, po
czym poszłam rozpalić w piecyku.
Na początku nie
wiedziałam, co mogłabym przyrządzić z samej mąki, więc
zdecydowałam się na dodanie odrobiny wody i zrobienie czegoś w
rodzaju klusek. Dodatkowo w szafce znalazłam połówkę nadgnitego
mango. Odkroiłam to, co było zepsute, a z reszty zrobiłam papkę,
która miała stanowić dodatek do posiłku. Kiedy wszystko było
gotowe, wręczyłam po miseczce każdemu z rodzeństwa, a następnie
postanowiłam udać się do ciotki, aby poprosić ją o pomoc. Byłam
pewna, że będzie wiedziała, co trzeba zrobić, aby Marry poczuła
się lepiej i wyzdrowiała jak najszybciej. W końcu nieraz ratowała
nam biednym skóry, gdy ktoś chorował.
– Chris!
Opiekuj się siostrami. Idę do cioci Genowefy. Za chwilę wrócę –
poinformowałam ich i natychmiast ruszyłam do jej domu.
Na zewnątrz zdążyło
się już zrobić bardzo ciemno i zimno, ale nie stanowiło to
żadnego problemu, ponieważ znałam drogę niemal na pamięć.
Biegłam najszybciej jak potrafiłam, byle tylko znaleźć się u
niej jak najprędzej. Nie chciałam zostawiać dzieci samych,
zwłaszcza że w każdej chwili mógł wrócić Roy. Poza tym,
pałętanie się o tak późnej porze po ulicy nie należało do
najrozsądniejszych posunięć.
Z każdym oddechem
chłodne powietrze wdzierało się do moich płuc, co sprawiało, że
odnosiłam wrażenie, jakby miały zamarznąć, więc zasłoniłam
usta swetrem, nie zwalniając tempa. Ignorowałam ból mięśni oraz
kości towarzyszący każdemu krokowi, a także zmęczenie po całym
dniu szukania śmieci. Mimo to musiałam się spieszyć, żeby zdążyć
przed powrotem ojca.
– Dokąd tak
pędzisz? – Usłyszałam nagle niski głos, na co nerwowo
rozejrzałam się w poszukiwaniu mężczyzny, którego doskonale
znałam.
– Do ciotki –
powiedziałam oraz zatrzymałam wzrok na postaci Danny’ego.
Dostrzegałam
jedynie zarys jego masywnej sylwetki, widocznej tylko dzięki
blaskowi ognia z czyjegoś domu. Opierał się o niego ramieniem i
uśmiechał szyderczo, mnąc coś w palcach.
– Spieszę
się – oznajmiłam najspokojniej jak potrafiłam, choć na niewiele
się to zdało. Danny doskonale wiedział, że się go bałam.
Po chwili odwróciłam
się z powrotem w kierunku drogi, po czym stanowczo szłam przed
siebie, aby tylko jak najszybciej się go pozbyć oraz nie kusić
losu.
– Rozmawiałem
ze sklepikarzem. – Ruszył za mną. – Ponoć znów ceny butelek
zmalały. Nie mają w ogóle szacunku do was, biednych ludzi.
– Niestety. –
Przyspieszyłam kroku.
– Po co ten
pośpiech, Ivon? – Zaszedł mi drogę.
Cofnęłam się i
zaczęłam panicznie rozglądać dookoła w poszukiwaniu kogoś, kto
mógłby udzielić mi pomocy, jednak ulice były kompletnie puste.
Ciężko przełknęłam ślinę, czując jak serce podchodziło mi do
gardła.
– Chcę tylko
pogadać.
– Nie mam
czasu – powiedziałam, a następnie spróbowałam go minąć, ale
nie miał zamiaru pozwolić mi odejść.
– U mnie
zawsze zarabiałabyś wystarczająco, aby wykarmić rodzinę.
Naprawdę żyłoby ci się lepiej – stwierdził, przeczesując
swoje blond włosy palcami, przez co zwichrzył grzywkę, która
uporczywie wchodziła mu w oczy. Przełknęłam ciężko ślinę, po
czym zaczęłam się zastanawiać, co odpowiedzieć, żeby go nie
zdenerwować.
– Dziękuję
panu, ale nie planuję zmiany zawodu – oznajmiłam cicho.
Chciałam znów
odejść, ale ten po raz kolejny zastąpił mi drogę, chwytając
mocno moje nadgarstki.
– Dlaczego od
razu uciekasz? – Zaśmiał się, gdy panicznie próbowałam się
wyrwać. – Nauczyłbym cię wszystkiego. Byłabyś wspaniałą
ozdobą burdelu – powiedział z rozbawieniem spowodowanym moimi
próbami uwolnienia się.
Starałam się go
drapać, odpychać, ale to nie przynosiło żadnego skutku. Bicie
serca przyspieszyło jeszcze bardziej, gdy każdy opór okazywał się
daremny. Danny był dużo silniejszy i gotowy zrobić mi krzywdę.
– Pomocy! –
zaczęłam krzyczeć w akcie desperacji, wierząc, że się wystraszy
lub ktoś wyjdzie z domku i stanie w mojej obronie.
Na szczęście
wołanie przyniosło natychmiastowy skutek, bo mężczyzna od razu
rozluźnił uścisk, dzięki czemu zdołałam od niego odskoczyć.
Pędem ruszyłam przed siebie w stronę domu ciotki.
– Jeszcze
będziesz błagała o posadę! – zaczął się odgrażać, ale te
słowa nie robiły już na mnie wrażenia, bo słyszałam je od niego
nazbyt często.
Moje serce nadal
biło jak oszalałe, a ręce drżały z nerwów. Powoli się
uspokajałam, ale wciąż sprawdzałam, czy Danny jednak za mną nie
szedł. Wyglądało na to, że na razie kryzys znów został
zażegnany.
W końcu dotarłam
do drzwi, więc energicznie zapukałam, przestępując z nogi na
nogę.
– Co się
stało? – zapytała przestraszona Genowefa.
Wyraźnie się mnie
nie spodziewała. Już na pewno nie w takim stanie, bo nadal ledwie
łapałam oddech. Zapewne wyglądałam na co najmniej wystraszoną.
– Danny –
wyjaśniłam z trudem.
– Nie ma
wstydu. – Pokręciła głową. – Wejdź. – Zeszła mi z drogi.
– Z Marry
jest źle. Musisz mi pomóc. – Popatrzyłam na nią błagalnie.
– Już idę –
oznajmiła, po czym szybko zarzuciła szal na plecy i natychmiast
ruszyłyśmy w drogę.
***
Kiedy
dotarłyśmy na miejsce, Genowefa nachyliła się nad posłaniem
Marry i zaczęła ją oglądać. Dotknęła jej czoła, dotknęła
brzuszka, ale wciąż nic nie mówiła.
Zaniepokojona
Madeline chwyciła swoją lodowatą rączką moją dłoń. Zdjęłam
sweter, owinęłam ją nim, po czym przytuliłam mocno do siebie.
Pomimo tego, że była jeszcze mała, to zaczynała rozumieć
niektóre rzeczy dziejące się w naszym życiu, więc kiedy
atmosfera w domu stawała się ciężka, udzielała się także jej.
Dzieci potrzebowały
dużo miłości. Zawsze starałam się im jej nie oszczędzać, choć
to bywało trudne, gdy wracałam późno i kompletnie zmęczona.
Bardzo chciałam, aby chociaż one niczym się nie martwiły.
Siostrzyczka wtuliła
głowę w moje ramię, a wtedy zerknęłam na Chrisa, który stał na
baczność, uważnie obserwując ciotkę. W końcu ja również
zaczęłam spoglądać na minę kobiety i doszukiwałam się w niej
wstępnej diagnozy. W pewnym momencie spostrzegłam u znachorki
niepokojący wyraz, po którym załamała ręce.
– To woreczek
żółciowy albo wyrostek! – oznajmiła ze łzami w oczach.
– Woreczek?
Wyrostek? Jak jej pomóc? – zapytałam przejęta, uczepiając się
jej ręki.
– Tylko
operacja… Tylko operacja! – powtarzała z łkaniem. – Tylko
operacja i to natychmiast! Ze trzydzieści tysięcy będzie, albo i
więcej! – dodała, na co przysiadłam na taborecie, załamana.
Czułam, jakby moje
serce pękło na pół. Początkowo to jakoś do mnie nie docierało.
Przecież raptem wczoraj wszystko było w porządku. Jak to mogło
stać się tak szybko? Trzydzieści… Może więcej? To przecież
tak dużo pieniędzy! Te myśli kotłowały się w mojej głowie,
przez co ignorowałam resztę jej słów.
– Czy ciocia
jest pewna? – zapytałam z nadzieją. – Może to jakieś
zatrucie?
– Widziałam
takie objawy już kilka razy. – Potarła powieki. – Zawsze
kończyło się tak samo… Po dziecku! – powiedziała, a następnie
zaczęła wycierać oczy rogiem szala, przez co i mnie chciało się
głośno płakać.
Rozpacz udzieliła
się także reszcie dzieci, które zaczęły szlochać oraz tulić
się do mnie. Odwzajemniłam ich uścisk, po czym spojrzałam znów
na ciotkę z czerwonymi od łez oczami przepełnionymi żalem.
Nagle w pokoju obok
rozległ się szmer. Rodzeństwo natychmiast uciekło, chowając się
po kątach kuchni. Ja i ciotka zamarłyśmy przerażone. Obie
skupiłyśmy wzrok na drzwiach od pokoju Roya. Po krótkiej chwili
otworzyły się z impetem.
Ukazała się w nich
masywna sylwetka pijanego ojca ubranego w przetarte jeansy oraz
flanelową, dziurawą koszulę w czarno-czerwoną kratę. Potarł
twarz dłonią, a następnie zatopił palce w przydługich czarnych
włosach, jakby chciał się rozbudzić.
– Czemu się
drzecie, baby!? – zawołał oburzony. – Zaraz was uspokoję! –
Zaczął pospiesznie odpinać skórzany, popękany pasek u spodni.
– Nie masz
wstydu! Zostaw dzieci! – odezwała się Genowefa, zdobywając się
na trochę odwagi, ale gdy tylko raz się zamachnął i cudem
uniknęła uderzenia, błyskawicznie uciekła z domu.
Wystraszona cofnęłam
się pod ścianę. Starałam się głośno nie szlochać, bo to
jedynie go prowokowało do ataku. W oczach błyszczały mu dziwna
zajadłość oraz gniew, gdy się zbliżał. Po moich policzkach
spływały łzy strachu oraz żalu, a w głowie powtarzałam ciche
błagania, aby znów nie bił. Jednak już po pierwszym ciosie
wiedziałam, że nie skończy, dopóki nie wyładuje złości. Skóra
piekła z bólu w każdym miejscu, na które spadło uderzenie.
Kuliłam się, próbując zasłonić twarz oraz brzuch, a także nie
płakać głośno. Pasek świszczał raz za razem, przy czym Roy
wyrzucał z siebie wulgaryzmy.
Nie wiedziałam, jak
długo to wszystko trwało, ale w końcu usłyszałam kłapnięcie
drzwi. Rozejrzałam się niepewnie i zorientowałam, że wrócił do
siebie. Spojrzałam przeszklonymi oczami na ręce. Widniały na nich
czerwone pręgi. Zasłoniłam usta dłonią, żeby nie sprawić, by
wrócił, po czym przysunęłam się do posłania Marry, przy którym
stało wiadro z wodą. Zmieniłam jej okład, a potem wzięłam drugą
szmatkę, zwilżając ją mocno. Zaczęłam wycierać krew z miejsc,
gdzie stworzyły się rany.
***
Przez
prawie całą noc schładzałam czoło dziewczynki, myśląc nad
możliwymi wyjściami z tej sytuacji. Rozważałam nawet zgłoszenie
się do Danny’ego, ale wiedziałam, że nawet jako prostytutka nie
zdołałabym w tak krótkim czasie uzbierać całej kwoty.
Kiedy zaczęło
świtać, przygotowałam śniadanie dla dzieci, nałożyłam sweter,
aby ukryć ślady po pobiciu, i wyszłam z domu. Ta straszna diagnoza
wciąż do mnie nie docierała. To niepojęte, jak szybko do tego
doszło. Tak z dnia na dzień, kompletnie niespodziewanie. Chodziłam
totalnie załamana. Czasami nawet zapominałam, że powinnam zbierać
butelki. Jednak ból oraz zmęczenie wcale nie zachęcały do
działania.
W pewnym momencie
zrównała się ze mną Genowefa. Przez długi czas szłyśmy obok
siebie, nie mówiąc nic. Nie miałam do niej żalu o to, że
zostawiła mnie samą z Royem, bo nawet we dwie nic byśmy przeciwko
niemu nie wskórały. Zdążyłam się przyzwyczaić do takich
sytuacji, a nawet traktowałam je jako zasłużoną karę. W końcu
jednak kobieta zebrała się na odwagę i odezwała się:
– Co zrobisz,
Ivon?
– Nie wiem –
wyszeptałam.
– Musisz
zbierać na pogrzeb – stwierdziła i pokręciła głową z
politowaniem.
– Nie pozwolę
na to! Choćbym się miała sprzedać! – zawołałam tak głośno,
że aż wszyscy spojrzeli w moim kierunku.
Zawstydzona
opuściłam głowę oraz przyspieszyłam, aby schować się przed
oczami ludzi, którzy usłyszeli moje słowa. Nie chciałam śmierci
swojej siostry. Ten brak jakiejkolwiek nadziei mnie dobijał.
Najgorsze jednak było to, że Marry jeszcze nie umarła, a mimo to
już spisano ją na straty.
– Słyszałam
kiedyś… – zaczęła jakaś kobieta – że Handerson uratował
jakąś dziewczynę. Od tamtego czasu żyje sobie jak królowa. Biedę
zapomniała… – Splunęła w kierunku rezydencji.
– To prawda?
– zapytałam z nadzieją w oczach, podchodząc do szczupłej
blondynki z cienkim kucykiem i siniakiem na policzku, ubranej w
sukienkę z ogromną błotną plamą.
– Nawet
jeśli… – wtrąciła się ostro ciotka oraz szarpnęła mną
mocno, żeby odciągnąć od mówczyni – to tobie nie pomoże, bo
zbankrutowałby, gdyby tak każdemu pomagał! Poza tym Oliver to
gangster. Nieraz widziałam, jak ludzi jak psy zabijał! – dodała
cicho, po czym wcisnęła mi w rękę jakąś fiolkę. – Weź. To
pomoże. Trochę złagodzi – wyszeptała, a ja przytuliłam ją z
całych sił, ledwie powstrzymując wzruszenie. – Leć do niej,
dziecko. Podzielę się z tobą butelkami – oznajmiła, za co
podziękowałam gorąco i ściskając fiolkę, pobiegłam do domu.