wtorek, 28 lipca 2020

Wydawnictwo NieZwykłe Książka pt.: "Boss of me". - rozdział 3



Rozdział 3

Raquel


Przygryzam usta i szybko analizuję, co się właśnie stało. Weszłam w trakcie spotkania He-Manów, Klubu Mizoginistów, skończywszy wcześniej pracę i... Czy Patton Fletcher właśnie na mnie warknął? Uśmiecham się zadowolona z siebie.

Ludzie ostrzegali mnie przed tą pracą, przed tym, jak trudno zadowolić Pattona Fletchera. No to macie. Runda pierwsza dla Rocky.

Taron patrzy na mnie z drugiej strony gabinetu. Szybko się ogarniam.

– Chyba wrócę do rozpakowywania moich rzeczy.

Mężczyzna wolno okrąża stół.

– Jak leci? – Uśmiecha się.

Dzięki jasnozielonym oczom jest mniej przerażający niż Patton. Nadal sprawia wrażenie, jakby czuł się tu źle, jakby nie chciał tu być. Zastanawiam się, dlaczego mnie zatrudnił – to oczywiste, że gdyby nie on, nie dostałabym tej pracy.

– Całkiem nieźle. – Odwzajemniam uśmiech. – Miałam szczęście, że moje pierwsze zadanie było po francusku.

– Szczęście? – Kiwa głową i wyciąga dłoń w stronę korytarza.

– Inaczej byłoby po mnie.

Idziemy do mojego gabinetu. Kartony z dokumentami stoją nadal tam, gdzie je zostawił. Jedyną rzeczą, którą ruszyłam, był laptop, kiedy logowałam się i szybko otwierałam nowy plik, gdy tylko Sandra zawiesiła go na serwerze.

– Pomyślałam, że umieszczę je w szufladach w takim samym porządku, w jakim je ułożyłeś.

Kiwa głową.

– Zapoznaj się z nimi, ale nie musisz ich znać na pamięć. Szczegóły są na serwerze. Możesz mieć do nich dostęp z telefonu. Czy Sandra przekazała ci dane do konfiguracji?

– Tak. Już wszystko załatwione.

– Będę musiał zostawić Madagaskar dla ciebie i Pattona. Pracuję nad nowymi klientami z Emiratów. – Cofa się i odgarnia za ucho pukiel ciemnych włosów. – Myślę, że dasz sobie radę.

Podchodzi do drzwi, więc się uśmiecham.

– Dziękuję za szansę, jaką dostałam.

– Zasłużyłaś na nią.

Wychodzi, a ja otwieram pudło z dokumentami. Wszystkie teczki są bardzo cienkie – tylko podstawowe informacje na pojedynczych kartkach. Pewnie dlatego, że wszystko jest na dysku G. Zdążyłam przejrzeć pięć, gdy do drzwi zapukał Jerry.

Co to ma być? Ruch jak na dworcu.

– Jak leci, nowa?

Jerry Buckingham jest zupełnie niepodobny do Pattona i Tarona. Jest strasznie gadatliwy, nie wiem, jak diabeł to wytrzymuje. Ubrany w zwykłe spodnie khaki i koszulę, bez krawata czy marynarki. Wygląda jak koleś z bractwa studenckiego, tyle że jest na to za stary. Ma mięsiste dłonie, krótkie palce. Staram się nie skrzywić na jego widok.

– Prawdę mówiąc, mam sporo pracy. – Uśmiecham się. Staram się być miła, ale nie zachęcać go do rozmowy.

Obchodzę biurko i podnoszę drugie pudło z podłogi w nadziei, że to podkreśli, jak jestem zajęta, ale kiedy się prostuję, widzę, że ostentacyjnie gapi się na mój tyłek. Obrzydliwość do kwadratu.

Kaszle i uśmiecha się. Przesuwa dłonią po koszuli.

– Pierwszego dnia pracy? To niemożliwe. Zwykle dajemy kilka dni okresu ochronnego, zanim zamęczymy kogoś na śmierć.

– Szef chyba o tym nie wie. Patton przydzielił mi nowego klienta, gdy tylko weszłam. Jutro mam spotkanie przez Skype’a.

– Madagaskar. – Kiwa głową, opierając się o framugę. – To chyba nic trudnego dla takiego międzynarodowego speca jak ty.

Sposób, w jaki wodzi wzrokiem po mojej bluzce sprawia, że mam ochotę założyć marynarkę.

– Słuchaj, idziemy w czwartek po pracy w parę osób na drinka. Może się przyłączysz? – dodaje po chwili.

Waham się.

– Parę osób?

– Tak! – Ożywia się – Sandra, Dean i ja. Idziemy do AJ’s na happy hour1.

Zaciskam usta, rozważam propozycję. Renée mówiła, żebym zakumplowała się z Sandrą. Ale jakoś nie mam przekonania do drinków z Jerrym.

– Raczej nie. – Uśmiecham się i staram być uprzejma, ale równocześnie zachować dystans. Jerry podchodzi bliżej.

– Szkoda. Będziemy omawiać wszystkie ploteczki dotyczące firmowego pikniku w sobotę.

– Firmowego pikniku? – Głos więźnie mi w gardle. – Czy ja też mam tam być?

– Przecież tu pracujesz. Piknik będzie w Percy Priest. To już taka tradycja z okazji Święta Pracy. A przy okazji – poniedziałek jest wolny.

– Aha. – Zastanawiam się, czy nie powinnam odwiedzić Renée, sprawdzić, jak się ma, czy nie potrzebuje forsy…

– To jak, będziesz?

– Na pikniku?

Śmieje się.

– W AJ’s. Jutro po pracy.

– Nie. – Potrząsam głową, uśmiecham się, spuszczam wzrok. – Pewnie posiedzę dziś dłużej, muszę przygotować się do spotkania. Pod koniec dnia będę padnięta.

– Gdybyś zmieniła zdanie, oferta będzie aktualna. – Zatrzymuje się w drzwiach, rzuca mi ostatnie spojrzenie, porusza brwiami. – Zastanów się.

Wiem, że stara się być miły, ale przyprawia mnie o gęsią skórkę.

– Jasne. Dzięki.

Gdy wychodzi, zrywam się i zamykam drzwi. Przez resztę popołudnia porządkuję pliki. Nawet jeśli Taron powiedział, że nie muszę uczyć się wszystkiego na pamięć, i tak chcę poświęcić każdej teczce kilka minut, żeby zapamiętać najważniejsze rzeczy.

Jestem całkowicie pochłonięta pracą, kiedy słyszę pukanie w szybę. Podnoszę głowę, widzę Jerry’ego z rękami w górze. Rozglądam się. Słońce już zachodzi. Cholera, zapomniałam nawet o lunchu. Jeszcze jeden uśmiech, macha, znika. Wstaję i przeciągam się. Pora kończyć na dziś.

Spoglądam na zegarek – jest po szóstej, wygląda na to, że wszyscy już wyszli. Jerry, Taron, pan Randall, którego nie poznałam – w ich gabinetach jest ciemno. W skrzynce na listy przy moich drzwiach jest koperta. Wyjmuję ją – zaadresowana do George’a Fletchera. Unoszę brwi, spoglądam w przeciwległy kąt. Nie dziwi mnie, że u Pattona pali się światło.

Obracając kopertę w dłoniach, postanawiam zajrzeć do niego przed wyjściem. W końcu mamy jutro spotkanie z tym nowym klientem. Kto wie? Może to coś ważnego. Zarzucam marynarkę na ramię, biorę torebkę i teczkę dotyczącą Madagaskaru, zostawiam otwarte drzwi i przechodzę na drugą stronę korytarza.

Delikatnie pukam i czekam. Nikt nie odpowiada, więc próbuję nieco głośniej.

– Tak? – Jego głos jest oschły, ale mnie to nie powstrzymuje.

– Przepraszam – mówię, otwierając drzwi i wchodząc. Wzrok mam wbity w kopertę. – Chyba dostałam przez pomyłkę czyjąś pocztę.

Kiedy nasze oczy się spotykają, przenika mnie dreszcz, odczuwam to jak trzęsienie ziemi. Jego uniesione brwi wyglądają niczym burza szalejąca nad ciepłymi brązowymi oczami. Między idealnymi palcami trzyma niezapalonego papierosa.

Przygryzam wargi. Muszę pójść na jakąś randkę. Nie powinnam tak reagować na nowego szefa.

– Mam to zostawić tutaj? – Podaję mu kopertę, patrzy na nią.

– Między tobą a mną są co najmniej cztery osoby. Daj to Sandrze.

Ten głos.

– Zawsze jest pan taki wściekły, panie Fletcher? Czy reaguje pan tak tylko na mnie? – Pozwalam sobie na zaczepkę, ale jego wzrok natychmiast ponownie mnie hipnotyzuje. Przez chwilę nie mogę złapać tchu.

Wstaje, podnosi to swoje ciało mierzące sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Wiem tylko, że jestem dużo niższa od niego i że tam, jego zdaniem, jest moje miejsce.

– Daj.

Robię krok w przód, wyciągam do niego kopertę – zła, że nie potrafię opanować delikatnego drżenia. Chwyta list, spogląda na niego i wyrzuca do kosza.

– Ale… – Wykonuję ruch, jakbym chciała złapać kopertę. – Może to coś ważnego.

– Nie używam tego imienia. Mój ojciec od sześciu lat jest na emeryturze. Jakim cudem ma to być coś ważnego?

Nadal się nie uśmiecha. Obserwuje mnie niczym drapieżnik czekający na mój kolejny ruch. Gotowy do skoku. Wszystko, co dotyczy tego faceta zdaje się niebezpieczne i niepokojące… A to bardzo nieprofesjonalne.

– W takim razie dobranoc.

Mam zamiar wyjść, on siada. W drzwiach jednak się zatrzymuję, myśląc.

– George?

– Nikt tak do mnie nie mówi. – Jego głos staje się niższy, z jakiegoś powodu nabieram ochoty, żeby się z nim podroczyć.

– A jednak.

– Nikt, kto oczekuje, że mu odpowiem.

Wzrok ma wbity w papiery na biurku, a ja nie mogę przestać na niego patrzeć. Chcę zapamiętać wszystko, co jest z nim związane. Wygląda tak doskonale w tym skórzanym fotelu, z ciemnymi włosami założonymi za uszy i muskającymi kołnierzyk, długimi palcami turlającymi papieros w tę i z powrotem.

Papierosy? Serio?

To znaczy, wygląda diabelsko seksownie – wyzywający, łobuzerski – ale…

– Nie zamierza pan chyba palić? – Marszczę nos, jego brązowe oczy znów spotykają moje.

Robi się gorąco.

– To ja jestem szefem, jeśli się jeszcze nie zorientowałaś. Robię, co chcę. A teraz przepraszam, ale…

Nie wiem, czemu go prowokuję. Potrzebuję tej pracy i nie mogę sobie pozwolić, żeby ją stracić – nie tylko dlatego, że źle by to wyglądało w CV. Po prostu mnie na to nie stać. Potrzebuję pieniędzy dla siebie i Renée.

– Przepraszam – mówię łagodniejszym głosem, kładąc dłoń na klamce. – Jestem gotowa na jutrzejsze spotkanie. Do zobaczenia.

Nawet nie podnosi wzroku.

1 Happy hour (ang.) – pora, kiedy w pubach i barach napoje alkoholowe są sprzedawane po niższych cenach (przyp. red.).


Wydawnictwo Pryzmat Książka pt.: "Emocje i rozterki żabki Amelki" - Recenzja

Zapraszam na opinię o książce pt.: „Emocje i rozterki żabki Amelki”, jaką otrzymałam od Wydawnictwa Pryzmat.







W książeczce znajdziemy dziewięć niedługich historyjek, w których poznamy żabkę Amelkę i jej przyjaciółkę Monikę. Każda historyjka to nie tylko inna przygoda żabek, ale również inne emocje, jakie przeżywają.

Dużą zaletą książki jest to, że tytuł to emocje, jakie poznamy w danej historii. Takie rozwiązanie sprawia, że możemy dostosować czytaną przygodę żabek do emocji, o jakich chcemy porozmawiać, jakie akurat przeżywa dziecko.

Tekst jest prosty, zrozumiały, ciekawy.

Ilustracje wspaniałe. Duże, kolorowe, przyciągają wzrok i zachęcają do poznania treści.

Z emocjami nie jeden dorosły ma problem, nie zawsze potrafimy je opanować, nie zawsze chcemy o nich rozmawiać, a co dopiero dziecko. Ono dopiero uczy się na nie reagować, nazywać je. Dzięki książeczce pt.: „Emocje i rozterki żabki Amelki” w ciekawy sposób dowie się co nieco o dziewięciu różnych emocjach. Moim zdaniem książka jest wspaniała i zdecydowanie ją polecam.



Moja ocena – 10\10



Serdecznie zapraszam na stronę Wydawnictwo Pryzmat oraz na FB.


Emocje i rozterki żabki Amelki


poniedziałek, 27 lipca 2020

Wydawnictwo Zielona Sowa Książka pt.: „Violet i ukryty skarb" - Recenzja

Zapraszam na opinię o książce pt.: „Violet i ukryty skarb”, jaką otrzymałam od Wydawnictwa Zielona Sowa.







Violet wyjeżdża na wspaniałe wakacje do Indii. Zwiedziła dość dużo, min pałac gdzie poznała maharadżę oraz jego niezwykłą papugę kakadu. Wraca szczęśliwa, z wieloma wspomnieniami i nadzieją, że jeszcze kiedyś spotka sympatycznego mężczyznę. Staje się jednak inaczej, maharadża umiera, a o tajemniczym miejscu, gdzie jest jego majątek, wie tylko papuga. Życie ptaka jest w wielkim niebezpieczeństwie, a dom dziewczynki staje się jego schronieniem. Violet wraz z przyjaciółką próbują rozwiązać zagadkę, aby ochronić nie tylko papugę, ale również skarb maharadży. Czy im się uda?

Historia ciekawa, wciągająca. Pełna przygód, zagadek, niespodziewanych zwrotów akcji. Wciąga, małego czytelnika sprawiając, że wraz z Violet próbuje odkryć tajemnicę.

Bohaterka jest postacią ciekawą, przeżywającą wiele przygód, a wraz z nią czytelnik. Miła, sympatyczna, pomysłowa, dająca się lubić.

Ilustracje dość ładne, przyciągające wzrok.

„Violet i ukryty skarb” to książka, którą polubi każde dziecko lubiący czytać książki przygodowe czy detektywistyczne. Wraz z Violet przeżyje wiele przygód i odkryje tajemnice. Z przyjemnością polecam.




Moja ocena – 9\10




Serdecznie zapraszam na stronę Wydawnictwo Zielona Sowa oraz na FB.


Violet i ukryty skarb


Wydawnictwo NieZwykłe Książka pt.: "Boss of me". - rozdział 2



Rozdział 2

Patton


Co to ma, kurwa, być?

Zamykam drzwi i podchodzę do biurka. Otwieram laptop, wysyłam wiadomość do Tarona.


Ja: Spotkanie z inwestorem za godzinę. Nie spóźnij się.


To tylko ułamek tego, co mam mu do powiedzenia. Ale z resztą poczekam, aż przyjdzie.

Padam na skórzany fotel, opieram się, zastanawiam nad nową sytuacją. Taron zatrudnił kobietę, żeby zajęła się klientami zagranicznymi? Szukam jego maila z piątku, który zignorowałem. Przeglądam szybko jej CV – przyznaję, robi wrażenie. Raquel Morgan ukończyła z wyróżnieniem jedną z najlepszych szkół MBA w kraju – a ze względu na umowę, jaką mój tata zawarł z Vanderbilt University milion lat temu, każdego roku trafiają do nas na rozmowy rekrutacyjne najlepsi absolwenci.

Jeśli kogoś potrzebujemy.

Nie wiedziałem, że teraz potrzebowaliśmy, ale w wielu sprawach dałem chłopakom wolną rękę. A teraz mamy na pokładzie tę bardzo bystrą i bardzo piękną kobietę… Raquel Morgan. Zaciskam zęby. Czy on naprawdę chce znów przez to przechodzić?

Podnoszę ciężkie pióro leżące obok komputera, stukam końcówką o blat. Lustruję gabinet – od statuetki psa stojącej na krawędzi mahoniowego biurka, po ciężki mosiężny zegar znajdujący się obok, od skórzanych foteli po przeciwnej stronie pokoju, po skórzaną kanapę pod ścianą. Regały wypełnione książkami w twardych oprawach, trochę beletrystyki, trochę literatury fachowej.

Wszystkie nasze gabinety wyglądają tak samo. Wszystko w firmie do siebie pasuje – ciemne drewno, droga skóra, błyszczący mosiądz…

Sami faceci.

Sandra jest tu jedyną kobietą nie bez powodu. Najważniejszy to taki, że zatrudnił ją jeszcze mój tata, zanim odszedł na emeryturę, a ona zdołała z nami przetrwać okres przejściowy. Kiedy przed siedmiu laty ojciec przekazał w moje ręce swoje ukochane dziecko – agencję pośrednictwa wynajmu nieruchomości komercyjnych – niczym znicz olimpijski, przejąłem je i ruszyłem z kopyta. Ściągnąłem Tarona i Marleya, wprowadziliśmy nowe technologie, zrezygnowaliśmy z papierowej dokumentacji, zaczęliśmy szukać klientów na całym świecie.

Fletcher International wprowadziło rynek nieruchomości komercyjnych na zupełnie nowy poziom technologiczny. Staliśmy się dla niego tym, czym Airbnb dla turystyki. Kojarzymy klientów, którzy potrzebują krótkoterminowego najmu powierzchni biurowych z właścicielami, którzy szukają najemców. Dotąd rozwijaliśmy nasz model działania na niewielkich rynkach, a dziś jesteśmy gotowi wejść z przytupem do Nowego Jorku, Los Angeles czy Chicago. Potrzebujemy tylko trochę kapitału na start, żeby zapewnić sobie ekskluzywne nieruchomości, z jakimi chcemy wejść na te rynki.

Taron i Marley idealnie tu pasują. Znają międzynarodowe zwyczaje i ufam im. Zawsze możemy na siebie liczyć. Sawyer też byłby tu z nami, jak zawsze, gdyby nie wrócił do rodzinnego gospodarstwa. Jesteśmy braćmi – nikogo nie zostawiamy w tyle. A poza tym, rodzina to najlepsi pracownicy.

Niestety, ostatnio okazuje się także, że nikt nie potrafi cię wykorzystać tak, jak najbliżsi. Marley zaczyna być ciężarem. Przychodzi późno, na haju, albo nie do końca trzeźwy po nocnej popijawie. Taron powoli zrzuca z siebie kolejne obowiązki, myśląc, że tego nie widzę. Oddanie klientów zagranicznych to jego najnowszy sposób na obniżanie swojej rangi w firmie.

Wygarnąłbym mu, ale jest cholernie skuteczny w zdobywaniu nowych klientów. Ma naturalny urok, który przyciąga do nas ludzi. Do licha, w większości przypadków nawet ja łapię się na ten jego czar, zamiast się na niego wkurzać. Może ostatecznie byłbym skłonny zaakceptować jego decyzję o zatrudnieniu nowego pracownika, ale co on, do cholery, sobie myślał, zatrudniając ją?

Bicie zegara przypomina mi o spotkaniu, które ma się rozpocząć za dziesięć minut. Już mam wysłać Taronowi SMS-a z opieprzem, kiedy staje w drzwiach. Chwyta za klamkę z grymasem na twarzy, odchrząkuje.

– Przepraszam, jestem dziś trochę wolny. Spotkanie tutaj?

– W sali konferencyjnej. Nie siadaj.

Kiwa głową i odwraca się ostrożnie. Wiem, co się dzieje.

– Znów plecy?

Ten upadek w dżungli spieprzył mu kręgosłup. Przez miesiąc łykał środki przeciwbólowe, na koniec został z dwoma problemami. Kiedy wreszcie uporał się z uzależnieniem, obiecał sobie, że nie tknie już nigdy takich środków, więc albo pije, albo po prostu zaciska zęby i próbuje jakoś wytrzymać. Dziś wygląda, jakby walczył i z bólem, i lekkim kacem, ale nie będę się czepiał.

Minęło siedem lat, a ja wciąż czuję się odpowiedzialny za to, co stało się w dżungli.

– Mogę to załatwić sam, jeśli wolisz tym razem odpuścić.

Idzie do sali konferencyjnej, kulejąc. Jestem tuż za nim. Odpowiada z nerwowym śmiechem:

– Mam cię zostawić samego ze Stephenem Hastingsem? Rozumiem, że nie zależy nam na ich kasie?

– Będzie Remington. Mówi, że są zainteresowani. To już załatwione.

– Działają w branży wojskowej i ochronie zdrowia. Musimy się jeszcze trochę postarać, żeby wciągnąć ich w nieruchomości komercyjne.

Kiedy Taron siada na skórzanym fotelu przy okrągłym stole, jego twarz wykrzywia grymas. Po jednej stronie znajduje się wielki monitor, pośrodku iPad Pro.

– To solidna oferta. A my mamy już swoją renomę, nie jesteśmy nowicjuszami w Seattle. – Dyplomacja nie jest moją mocną stroną, ale jestem gotowy wypłynąć na szersze wody, a ci goście mają kasę, której potrzebujemy, żeby to zrobić teraz, zanim ktoś nas wyprzedzi. A do tego wcale nie są pazerni – chcą tylko piętnaście procent zysków, bez prawa do kontroli czy nadzoru.

Taron lekko się uśmiecha.

– Są tu ze względu na twojego ojca.

Ta uwaga wywołuje u mnie gęsią skórkę. Tata był dyplomatą jak Taron. Uciszał burze, które ja wywoływałem. Ale to ja wprowadziłem tę firmę w XXI wiek. To ja nad wszystkim panuję.

Monitor mruga i na podzielonym na dwie części ekranie pojawia się Remington Key z jednej strony i Stephen Hastings z drugiej.

– Patton, Taron, dzień dobry. Jak tam u was, gorąco? – Remi uśmiecha się przyjacielsko, jest rozluźniony, nie ma marynarki.

– Jak to latem w Nashville. – Taron też się uśmiecha, uwalnia swój urok.

– Z tego co słyszę, wszyscy mamy podobnie.

Remi jest w południowej Karolinie, a Stephen w Nowym Jorku.

– Skoro już mowa o upale, widzieliście nowego ScanEagle1, którego testują w Key West? – Remi klika coś w laptopie. Po jego lewej stronie na ekranie pojawia się dron wyglądający jak samolot z folii aluminiowej.

– Tak. – Taron pochyla się do przodu. Wyglądają teraz jak dwaj chłopcy bawiący się samochodzikami. – Z tego co słyszałem, wykorzystują je do walki z przemytem narkotyków.

– Wykorzystują je, do czego tylko chcą. – Remi wybucha śmiechem. – Szkoda, że nie widziałeś, jak startują.

– Panowie. – Stephen się nie uśmiecha. Ma na sobie tweedową marynarkę. – Na pewno wszyscy jesteśmy bardzo zajęci.

Taron odchyla się do tyłu, a Remi zamyka laptop. Koniec gadki szmatki. I dobrze. Nie jestem w tym dobry.

– Przeanalizowałem waszą propozycję. Podoba mi się – zaczyna Stephen.

Trochę się rozluźniam. Nie uśmiecham się, ale jego wstęp brzmi zachęcająco. Dopasowuję swój ton do jego i mówię pewnie:

– Jesteśmy gotowi, żeby zostać liderem w tej branży. Fletcher International stanie się synonimem najmu krótkoterminowego jak Xerox jest synonimem kopiarki.

– Nie ma co do tego wątpliwości. Zostawiliśmy innych w tyle.

Remi buja się na krześle i bawi piłeczką antystresową w kształcie piłki baseballowej.

– Dziwię się, że nikt wcześniej na to nie wpadł.

– Zacząłem rozwijać tę działalność, gdy zostałem prezesem. – Marynarka leży, jak powinna. Przedramiona opieram na stole. Obserwuję Hastingsa wpatrzonego w papiery leżące przed nim.

– Nasz globalny portfel klientów rośnie w postępie geometrycznym. Jesteśmy gotowi na rozszerzenie naszej oferty i chcemy, żeby ta oferta obejmowała tylko to, co najlepsze.

Brwi Stephena opadają.

– Macie tylko jednego klienta w Emiratach.

Taron pochyla się do przodu.

– To jeden z powodów, dla których musimy się rozwijać. Firmy z miast takich jak Dubaj czy Abu Zabi szukają powierzchni najmu w Los Angeles czy Nowym Jorku. Jak tylko pozyskamy nowe nieruchomości, będą walić do nas drzwiami i oknami. Będą lokale, będą klienci.

Kończy pozytywnym akcentem, ale w pokoju zalega cisza, którą mąci tylko dźwięk zamykania i otwierania klipsa do papieru.

– Pokonałeś długą drogę bardzo szybko… – Słowa Stephena zawisają niczym pętla gotowa, by zacisnąć się na mojej szyi. – Ale jeszcze nie dotarłeś do celu.

Jakby zabrakło powietrza w pokoju. Mam ściśnięte gardło. Wzbiera we mnie złość.

– Słucham?

Hastings zamyka teczkę i rzuca ją przed siebie na biurko.

– Potrzebujecie więcej dużych najemców. W przeciwnym razie wystartujemy, a klienci ze Stanów i Europy nas ominą. Mogą to załatwić sami. Pokaż mi, do czego jesteśmy im potrzebni.

Zaciskam usta. Nie mam zamiaru go błagać. Taron się nie poddaje.

– Mylisz się. – Wstaje za szybko, dostrzegam grymas na jego twarzy. Grymas znika. – Świadczymy usługi pośredniczące. Nasi klienci nie mają ochoty rozgryzać naszej specyfiki najmu, zajmować się kwestiami bezpieczeństwa czy logistyką. Mamy doświadczenie i kontakty, dzięki którym wszystko przebiega bezproblemowo. Oferujemy tylko najlepsze nieruchomości i najwyższe bezpieczeństwo.

– Chcę zobaczyć grube ryby. Wróćcie do mnie, jak je złowicie. – Ton Stephena jest zdecydowany.

Patrzę na Remiego – zachowuje pokerową twarz. Nie mam czasu na to gówno.

– Panowie, chciałem robić z wami interesy – mówię spokojnym tonem. – Mam nadzieję, że będziemy jeszcze potrzebować inwestorów, kiedy zmądrzejecie.

Pochylam się do przodu, by zakończyć rozmowę, ale wkracza Taron z gałązką oliwną.

– Powoli, panowie, będziemy ich mieć. Chcecie pewniaka. Właśnie pracuję nad kilkoma nowymi klientami. Może spotkamy się znów za tydzień?

Wyraz twarzy Stephena się nie zmienia, za to Remi się uśmiecha.

– Niezły plan. Odezwijcie się, gdy będziecie gotowi.

– Jasne. Do usłyszenia wkrótce. – Taron się pochyla i wciska przycisk kończący rozmowę. Wzdycha głośno. Wstaje, gotowy przejść do następnego nazwiska na liście.

– Pieprzyć ich. Braden Investments pisali w ubiegłym tygodniu, że są gotowi w to wejść.

Taron siedzi z rękami opartymi na stole, studzi moje emocje.

– Braden chcą większego udziału w zyskach i większej kontroli nad tym, na który rynek wchodzimy i kiedy. Nie spodoba ci się to.

Dobrze mnie zna.

– Więc co powinniśmy zrobić?

– Daj mi tydzień. Rozmawiam z Pro Partner i AmCham, obie firmy z Abu Zabi i obie są zainteresowane. Raquel pomoże mi z Madagaskarem, a ja skupię się na nich. Potem wrócimy do Remy’ego.

Kładę palce na ustach. Rozważam jego propozycję.

– Za tydzień damy im ostatnią szansę.

Stoję gotowy, by wrócić do gabinetu. Przystaję w drzwiach.

– Dlaczego zatrudniłeś właśnie ją?

Wie, o czym mówię, potwierdza to jego ironiczny uśmiech.

– Jest dobra. Potrzebujemy jej.

– Nikogo nie potrzebujemy.

– Potrzebujemy Hastingsa i Keya, i potrzebujemy Raquel Morgan. Ukończyła studia z najlepszym wynikiem na roku.

– Nie było żadnego faceta, który zna pięć języków?

– Słyszałeś o różnorodności?

– Arab świetnie by się nadał.

– Jasne. – Zaśmiał się.

– Świetnie by to przyjęli nasi klienci w Nashville. Pamiętaj, że to nadal większość naszego portfela.

– Pamiętasz czasy, kiedy wszyscy mówili po angielsku?

– A słońce nigdy nie zachodziło nad Imperium Brytyjskim? Tak, ale czasy się zmieniły. – Ruszam w stronę drzwi, pocierając ręką czoło. – To małe biuro. Pracujemy na małej powierzchni. Kobiety stwarzają problemy.

– O co ci chodzi? – pyta Taron.

– Trzeba było zatrudnić faceta.

Drzwi same się otwierają, czuję, jak zaciska mi się gardło. Raquel staje przede mną, jej szaroniebieskie oczy wbijają się we mnie, jakby była czarownicą. To o nią chodzi. Nie o kobiety w ogóle, tylko o nią.

– Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziłam – mówi.

Czuję, że Taron odwraca twarz w naszą stronę, ale nie mogę oderwać od niej wzroku. Nie ma już czarnego żakietu. Jej kremowa jedwabna bluzka jest cienka, niemal przezroczysta. Widzę zarys koronkowego biustonosza na oliwkowej skórze. Zasycha mi w ustach.

Kurwa. Kiedy ostatni raz dotykałem kobietę? Tak bardzo chciałbym dotknąć akurat tę, że zaciskam pięści. Co jest?

Odchrząkuję i odwracam się.

– O co chodzi?

– Sandra mówiła, że tłumaczenie ma być gotowe do końca dnia.

Trzyma w ręce cienką szarą kopertę, którą jej dałem.

– Jest na serwerze? – Mój ton jest szorstki.

– Oczywiście. Pomyślałam tylko, że może wolałby pan wiedzieć od razu, że jest już gotowe, zamiast sprawdzać.

Jest cholernie silna. To jej pierwszy dzień w pracy, a zachowuje się, jakby tu rządziła.

Chcę podziękować, ale bardziej przypomina to warknięcie. Obchodzę ją i wracam do swojego gabinetu, ale jej zapach – imbir i kokos – podąża za mną.

1 ScanEagle – taktyczny, rozpoznawczy, bezzałogowy aparat latający opracowany przez amerykańską firmę Boeing i Insitu, Inc. (przyp. red.).


HH Poland - zabawki pokoleń Monster truck rock climbing 4x4 - Opinia

Zapraszam na opinie o monster truck rock climbing 4x4, jaki otrzymałam od HH Poland - zabawki pokoleń.











Monster truck jest zdanie sterowany. W zestawie znajdziemy pilota na baterię. Ma ciekawy kształt i jest dość łatwy w obsłudze.

Jest naprawdę szybki. Ksawery ma sporą kolekcję samochodów zdalnie sterowanych i ten jest jednym z szybszych, jakie posiada. Duży plus za fakt, że nie potrzebuje dużo prostej powierzchni, aby nabrał szybkości.

Wizualnie jest dość ładny. Nie duży, zwinny, dopracowany w najmniejszych detalach.

Posiada szerokie opony oraz dość solidne amortyzatory. Dzięki temu jeździ dosłownie po każdej powierzchni. Nie straszne mu progi, nierówności, górki itp., doskonale sobie z nimi radzi.

Światła świecą, co sprawia, że zabawa nie kończy się wraz z zapadnięciem zmroku.

Wytrzymałość ma dość dużą. Ksawery nadal nie nauczył się delikatności w stosunku do zabawek, a wręcz przeciwnie. Samochodami zdalnie sterowanymi lubi jeździć szybko, co nieraz kończy się niewyrobieniem na zakręcie. Ten zaliczył wiele wypadków, w tym jeden z drzewem, który myślałam, że zakończy jego żywot. Nie zakończył, owszem posiada ryski czy wgniecenia (jakby nie posiadał, to byłby jakiś model z tytanu), jednak nadal jeździ i ma wszystkie części na swoim miejscu.

Ogromna zaleta tego monster trucka jest fakt, że nie jest na baterie, tylko się go ładuje. Szczerze powiedziawszy, wydaję na baterię, duże sumy co miesiąc, a niektóre zabawki, szczególnie te zdalnie sterowana potrzebują konkretnych baterii, na tych tańszych czy akumulatorach działają parę minut :( Tym razem nie mam tego problemu, wystarczy naładować i zabawa zaczyna się od nowa, bez większych dodatkowych kosztów.

Monster truck rock climbing 4x4 wspaniała zabawka, która spełniła nasze oczekiwania w 100%. Można go ładować, jest wytrzymały, szybki, zwinny. Dostarcza wiele radości zarówno tym małym, jak i tym całkiem dużym fanom monster trucków (tak mąż też się nim wiele razy bawił, przecież musiał sprawdzić, czy aby na pewno zdaje egzamin :) ). Z przyjemnością polecam.




Moja ocena – 10\10



Serdecznie zapraszam na stronę HH Poland - zabawki pokoleń oraz na FB.

Oficjalny sklep HH Poland - zabawki pokoleń - https://allegro.pl/uzytkownik/Sma_HHPoland?bmatch=baseline-product-cl-eyesa2-engag-dict45-uni-1-3-0717