czwartek, 25 lipca 2019

Edipresse Książki Książeczka pt.: „Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek” - OPINIA


Zapraszam na opinię o książce pt.: „Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek”, jaką otrzymałam od Edipresse Książki.






Zosia ma sześć lat, a jej przyjaciele Franio siedem. Mieszkają w jednym bloku i przeżywają masę wspaniałych przygód. Dziewczynka posiada magiczny orzeszek, który otrzymała od babci, wystarczy, że trzy razy zastuka nim w szybkę i pojawia się wiewiórka Julka. Wspólnie odwiedzają magiczną krainę, rozwiązują zagadki, walczą z gangiem kum polujących na wiewiórkę i doskonale się bawią.

W książce jest aż 12 historii. Każda inna, każda ciekawa, wciągająca, trochę magiczna, trochę zaskakująca. Każda nie tylko bawi, ale i uczy, przekazując ważne wartości, np. na temat przyjaźni, pomocy innym, słabszym itp.

Tekst jest ciekawy i zrozumiały. Zachęca dziecko do słuchania, a starsze do samodzielnego czytania.

Ilustracje ładne, kolorowe. Przyciągają wzrok i zachęcają do poznania treści.

Okładka jest twarda, solidna. Dzięki niej książka posłuży długi czas.

Amelce przygody trójki przyjaciół zdecydowanie przypadły do gustu. Przeczytała je z przyjemnością, a ja z przyjemnością polecam.



Zalety:
  • Ciekawa.
  • Wciągająca.
  • 12 historii.
  • Zrozumiały tekst.
  • Przekazuje ważne wartości np. o przyjaźni.
  • Ładne ilustracje.
  • Twarda okładka.



Wady:
BRAK





Moja ocena – 10\10


Serdecznie zapraszam na stronę hitsalonik oraz FB Edipresse Książki.


Książkę pt.: „Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek” znajdziecie TU.

środa, 24 lipca 2019

Wydawnictwo Niezwykłe Książka pt.: "Dla Ellison" - Rozdział 2



Rozdział drugi

Dość niefortunną rzeczą w byciu dzieckiem z zamożnej rodziny jest to, że rodzice mogą pozwolić sobie na irytujące udogodnienia, takie jak prywatny samolot. Zamiast kilku dni… do diabła… miałem kilka godzin, by wymyślić, jak uniknąć zesłania na wygnanie. Zagoniono mnie do pensjonatu jak niewolnika i zmuszono do wzięcia swoich ubrań, po czym zostałem obcesowo zapakowany do ojcowskiego odrzutowca szybciej, niż byłem w stanie ogarnąć, co się dzieje. Mój los został przesądzony, jeszcze zanim osiągnąłem czterdzieści tysięcy stóp nad ziemią.
Rodzice upewnili się, że ogołocili mnie ze wszystkiego: telefonu, iPoda, laptopa. Wszystkiego. Jeżeli coś można było podłączyć do prądu, zostało zabrane. Nie miałem nawet szansy na szybkie wysłanie przez media społecznościowe prośby, by któryś ze znajomych przyleciał i mnie wyzwolił. Gdyby mój samochód nie chłodził się teraz w basenie, pewnie zastanawiałbym się nad wykorzystaniem go do ucieczki. Następne w kolejce były moje karty płatnicze. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo jestem zależny od plastiku. Uświadomiłem to sobie dopiero, gdy w przerażeniu obserwowałem mamę wyciągającą czworokątne arterie życiowe z wnętrza mojego portfela. Po wszystkim szorstko wręczyła mi z powrotem pustą, skórzaną skorupę. Jedyne, co mi zostało, to dowód osobisty oraz ukryty tuż za nim jego falsyfikat.
Czas spędzony w samolocie wykorzystałem, by się zdrzemnąć. Po jakichś dwóch godzinach pilot obudził mnie, obwieszczając, że dotarliśmy na Florydę. Wyjrzałem przez okno i jęknąłem, widząc, że miniaturowe miasteczka, które mijaliśmy w drodze z Nowego Jorku, zostały zastąpione przez kępę – cóż – traw, rozchodzącą się gdziekolwiek by nie spojrzeć. Raz na jakiś czas mijaliśmy szary skrawek czegoś, co, jak podejrzewam, na Florydzie nazywano miastem. Trudno mi było ustalić, czy zdołam przeżyć panujący tu bezkres dzikiej przyrody, która najwyraźniej uciekła w amoku do tego zapomnianego przez Boga miejsca. Byłem w pełni miastowym chłopakiem. Nigdy nie podaliśmy sobie ręki z naturą, nie licząc wypielęgnowanych trawników na podwórku rodziców czy znajomych, i wakacji, które spędziłem na obozie, gdy byłem dzieckiem, i kiełka fasoli, któremu pomogłem wyrosnąć, gdy byłem w przedszkolu. Nazwałem go Earl i byliśmy bardzo blisko do czasu, aż przez jakiś miesiąc zapomniałem go podlewa
. Wtedy się na mnie wypiął. Ten eksperyment dowiódł, że człowiek nie powinien wierzyć naturze. Jeżeli nie dasz jej tego, czego żąda, nie będzie chciała mieć z tobą do czynienia. Od tamtego momentu jej nie ufam.
Przez następną godzinę rozglądałem się po kabinie samolotu, bezmyślnie stukając palcami o uda. Brak technologii dawał mi się we znaki i zaczynało mi jej brakować tak jak narkomanowi kolejnej działki. Próbowałem wymyślić jakiś sposób na powiadomienie przyjaciół o tym, że potrzebuję ratunku. Brałem pod uwagę znaki dymne, gołębie pocztowe, a nawet alfabet morsa. Niestety, nowoczesne udogodnienia stłamsiły już archaiczne metody komunikacji i nawet jeżeli udałoby mi się wysłać wiadomość, to moi znajomi nie byliby w stanie jej odczytać. Miałem przejebane, dobrze o tym wiedziałem. Byłem cholernie zrozpaczony decyzją moich rodziców. Co ja niby mam robić w kompletnej głuszy przez trzy długie miesiące? To nie była kara, ale tortura. Gdzieś tam były imprezy, które mnie omijały, i alkohol, który lał się do gardeł jakichś innych szczęśliwych drani, podczas gdy ja siedziałem w środku lasu i naprawiałem jakieś gówno. Nie zasłużyłem sobie na to.
Samolot wylądował na kompletnym odludziu. Po paru minutach z kokpitu wyszedł pilot z wielkim uśmiechem zdobiącym dobroduszną twarz
– Przybyliśmy na miejsce, panie McCormick. Partner biznesowy pańskiego ojca czeka na pasie startowym, by zaprowadzić pana do miejsca docelowego podróży.
Spojrzałem w brązowe oczy pilota. Na jego opalonej twarzy rysowały się cienkie zmarszczki, lecz siwe włosy na skroniach nadawały mu wytwornego wyglądu. Wstając, sięgnąłem do luku bagażowego, by wziąć swoje rzeczy. Wyciągnąłem swoje okulary przeciwsłoneczne, po czym założyłem je, zanim wyszedłem. Zobaczyłem pilota ściskającego dłoń facetowi, którego nie rozpoznałem, a który ubrany był mniej więcej tak, jak mój ojciec. Jego garderobę stanowił garnitur w prążki. Mężczyzna odwrócił się do mnie z uśmiechem i gestem ręki pokazał, bym do nich przyszedł.
– Hunter! – Nieznajomy podszedł prosto do mnie z ręką wyciągniętą w geście powitalnym. Mocno ściskając mi dłoń, przedstawił się: – Nazywam się Robert Klimpt i jestem partnerem biznesowym twojego ojca. Zadzwonił i poprosił o zezwolenie na lądowanie na naszym prywatnym lotnisku. Zaprowadzę cię tam, gdzie czeka już twój wujek. Miło mi cię poznać. Jesteś bardzo podobny do ojca.
Cofnąłem rękę, skinąłem, w odpowiedzi mrucząc coś niezrozumiałego. Ruszyliśmy do czekającego na nas wózka golfowego. Minęło jakieś dziesięć minut, a pan Klimpt bełkotał wciąż o interesach, które prowadził z moim tatą. Dotarliśmy do wielkiej, żelaznej bramy na końcu lotniska. Za jej grubymi prętami dostrzegłem czerwoną ciężarówkę, która chyba nie była myta, odkąd została zbudowana, czyli mniej więcej od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku. Wyblakła farba miejscami była zniszczona przez rdzę, a wgniecenia oraz zadrapania pokrywały metalową powierzchnię. Obok ciężarówki stał człowiek, który, jak przypuszczałem, był moim wujkiem Billem, oraz jakaś drobna blondynka. Oboje ubrali się w białe koszulki i przycięte dżinsowe spodenki. Wujek miał na sobie klapki, a dziewczyna stała obok po prostu na bosaka. Miała krótkie włosy, które muskały jej ramiona, gdy mówiła coś z ożywieniem. Mężczyzna uśmiechał się do niej za każdym razem, gdy kończył brać bucha cygara, ale gdy tylko podszedłem do bramy, utkwił wzrok we mnie.
– No proszę! Hunter! Twoja matka przysłała mi kilka zdjęć, ale nie spodziewałem się, że będziesz taki wysoki! Ile masz wzrostu? Sześć i pół stopy? – Głos wujka brzmiał szorstko po latach palenia, a jego skóra przypominała znoszoną, pomarszczoną koszulę. Był prawie tak szeroki, jak ja wysoki. Istna ściana mięsa. Wydał z siebie ryk, który mógłby obudzić umarłego, po czym wskazał na drobną blondynkę. – Pamiętasz swoją kuzynkę, Lily, prawda? Oboje jesteśmy bardzo podekscytowani tym, że spędzisz z nami te wakacje.
Gdy brama się otworzyła, złapałem swoje torby, powoli wyszedłem z wózka golfowego, a następnie ruszyłem w ich kierunku. Gdy tylko wysiadłem, pan Klimpt natychmiast się pożegnał i odjechał tak szybko, jakby bateria akumulatora miała się zaraz rozładować. Odwróciłem się zrezygnowany do wuja i zarzuciłem torby na plecy, trzymając je jedną ręką tak, by drugą móc się przywitać.
– Ach, tak, pamiętam Lily. Cześć. – Pomachałem do dziewczyny, a ona w odpowiedzi oślepiła mnie uśmiechem jasnym niczym promyk słońca.
– Hunter! – Objęła mnie, wyciągając ręce najszerzej jak tylko mogła. – Naprawdę cieszę się, że cię widzę. Opowiedziałam o tobie mojej najlepszej przyjaciółce i jest podekscytowana jak diabli tym, że cię spotka.
Rany, ta dziewczyna naprawdę szybko mówi…
– Nie wyrażaj się tak, młoda damo. – Wujek spojrzał na nią z niby karcącą miną, który szybko zastąpił uśmiechem.
Lily wzruszyła ramionami.
– Dalej, ruszajmy. Tracę tylko cenny czas, stojąc tak w słońcu. – Odwróciła się raptownie i w podskokach ruszyła do ciężarówki. Wujek chichocząc, poklepał mnie po plecach.
– Lepiej ruszajmy, synu. Jeśli te dziewczyny przebywają zbyt długo na słońcu, zaczynają zachowywać się jak opętane, a jest to dość przerażające.
Skinąłem głową, po czym ruszyłem za nim. Lato zapowiadało się fatalnie, ale nie miałem innego wyboru, niż wziąć się w garść i jakoś je przetrwać.

~ ~ ~

W drodze do domu wujka było nam ciasno, bo musieliśmy zmieścić się w kabinie ciężarówki. Lily paplała o wszystkich rzeczach, jakie robili na Florydzie, a ja uśmiechałem się, próbując nie patrzeć na niekończące się morze zieleni za oknem. Większość zajęć wymienionych przez kuzynkę obejmowało bycie na zewnątrz w ciągu dnia, a potem spanie. Skrzywiłem się na myśl, że rytm życia, który wyrobiłem sobie przez ostatnie kilka lat, zostanie wyparty. Była piętnasta, więc teraz powinienem spać i mieć jeszcze jakieś dwie godziny do pobudki.
Gdy dotarliśmy do celu, a wujek zaparkował ciężarówkę na zalesionej działce, oczy raz jeszcze wyszły mi z orbit. Patrząc od strony drogi, budynek był częściowo ukryty za drzewami, a obok stał jeszcze jeden, po lewej stronie domu wujka. Spojrzałem na metalowe dachy obydwu i moją uwagę przykuła aluminiowa okładzina budy, ekhem, budynku, w którym przyjdzie mi mieszkać. Nieznaczne resztki farby, które przetrwały na okładzinie, wyglądały niechlujnie na rzucającej się w oczy szarej aluminiowej powierzchni. Dom został wzniesiony nad poziomem gruntu i spoczywał na drewnianej podbudówce. Niepewne schody prowadziły do drzwi frontowych. Gdy tylko się zatrzymaliśmy, Lily wyskoczyła z samochodu i pobiegła na górę, szybko znikając we wnętrzu domu.
Kiedy wyszedłem z ciężarówki, ugrzęzłem głęboko w błotnistej kałuży.
– Cholera! – zakląłem, wyciągając mokry but z brązowej mazi. Wuj zachichotał.
– Tak, musisz na to uważać. Na Florydzie pada codziennie, synu, a brak betonu sprawia, że chodzenie po podwórzu może nieźle dać w kość. Przyzwyczaisz się. – Znów zachichotał, poklepał mnie po plecach, a następnie zaprowadził do domu. – Wiem, że to miejsce nie wygląda najlepiej. Dlatego też byłem zadowolony, słysząc, że przylecisz do nas w te wakacje, by pomóc w naprawie. Mam już materiały, więc będziesz musiał tylko zdrapać i przygotować okładzinę, zanim ją pomalujemy. Myślę, że jeżeli zaczniesz teraz, to zdążysz zrobić całkiem sporo jeszcze przed kolacją o dziewiętnastej.
Wchodziliśmy po rozklekotanych schodach, gdy Lily podskakując, wybiegła zza drzwi, prawie mnie taranując.
– Wychodzę, tatusiu! Gdybyś mnie potrzebował, El i ja będziemy tam, gdzie zazwyczaj.
Zniknęła, podążając w kierunku drugiego budynku, a mnie poprowadzono do środka. Nie byłem zaskoczony widokiem niedopasowanych mebli oraz porysowanej drewnianej podłogi. Wujek szybko pokazał mi łazienkę i pokój. Dał mi tylko tyle czasu, bym zostawił swoje rzeczy, a potem zaprowadził mnie z powrotem do salonu. Następnie wyszliśmy tylnymi drzwiami na otwarty ganek, zaśmiecony częściami samochodowymi i śmiercionośną mieszanką chemikaliów zamkniętych w oddzielnych butelkach. Jeżeli to miejsce się zapali, to będziemy mieć przejebane.
Wujek zaczął wyciągać różne szczotki oraz butelki ze spryskiwaczami i bezbarwnym płynem w środku.
– Przepraszam za bajzel, synu, ale nie mam czasu, by posprzątać to gówno i jednocześnie utrzymać sklep motoryzacyjny. Mógłbym poprosić o to Lily, ale o ile jest dobra w czytaniu i wyglądaniu uroczo, nie ma pojęcia, jak poradzić sobie z narzędziami czy pracą fizyczną. Twoje przybycie jest prawdziwym szczęściem w nieszczęściu. Temu miejscu dobrze zrobi zastrzyk testosteronu. Dobra, muszę wracać do pracy, ale jedyne, co musisz zrobić, to spryskać rozpuszczalnikiem resztki farby i poczekać minutkę, zanim ją zdrapiesz. Biorąc pod uwagę fakt, że jest stara, to nie powinieneś mieć z tym problemu. Jak skończysz – sięgnął po coś i podniósł jednogalonową1 puszkę farby oraz pędzel – położysz jedną warstwę farby do gruntowania. Jesteś mądrym chłopakiem, bez problemu załapiesz, co i jak.
Wziąłem od wujka puszkę i pędzel, a ten natychmiast odwrócił się, by odejść. Przeszedłem przez dom, mając zamiar zacząć od elewacji frontowej. Schodząc po rozklekotanych schodach, usłyszałem szczęk metalu o metal i odskoczyłem, myśląc, że ten cały cholerny dom zaraz się zawali. Odwróciwszy głowę, zobaczyłem budynek w nienaruszonym stanie, oraz Lily z inną dziewczyną w strojach kąpielowych, wspierające drabinę o ścianę budynku. Kuzynka zachichotała w odpowiedzi na coś, co powiedziała jej koleżanka, po czym spojrzała na mnie, nieudolnie próbując zachować dyskrecję. Ale ja wiedziałem. Otrząsnąłem się, zeskoczyłem ze schodów i poszedłem zdrapywać farbę. Kolejne skrzypnięcie drabiny znów zwróciło moją uwagę. Dostrzegłem, jak obie dziewczyny wchodzą na dach. Ostrożnie stawiając stopy w klapkach, dotarły do wyściełanych mat, przymocowanych do dachu liną. Ułożyły na nich ręczniki, a potem położyły się, by nasycić ciała słońcem. Podziwiałem ciało przyjaciółki Lily, lecz dzielił nas zbyt duży dystans, bym mógł zauważyć więcej ponad to, że była drobnej budowy, miała niezłe kształty i nosiła skąpe, żółte bikini.
Po dwóch godzinach pracy miałem już zdrapane ostatnie skrawki farby, więc zacząłem z podkładem. Swoje zadanie wykonam starannie i uważnie, jak przystało na perfekcjonistę. Fakt, że nim byłem, pozwolił lepiej rozumieć to, co wydarzyło się chwilę później. Zazwyczaj moje zamiłowanie do perfekcji miało pozytywne skutki. Egzaminy zdawałem śpiewająco i przodowałem w każdej grze komputerowej, w którą grałem. Jednak z drugiej strony stawałem się drażliwy, zwłaszcza gdy skupiałem się na swoim zadaniu, a nagle coś mnie rozproszyło.
Gdy nałożyłem warstwę podkładu na pierwszą ćwiartkę ściany, usiadłem, podziwiając swoją bezbłędną robotę. Pociągnięcia pędzlem były minimalne, a farba rozprowadzona równomierne po całej powierzchni okładziny. Nie wystąpiły żadne zacieki. Przygotowywałem się do rozpoczęcia malowania drugiej ćwiartki.
Tak, to tylko podkład, ale tak samo jak wszystko, co jest wartościowe, dobrze wykonany i solidny, zaważa na ogólnej jakości całej pracy. Słyszałem, że podobnie jest z miłością. Jeśli nie ma czegoś wartościowego, na czym bazowałaby relacja, to ta w końcu się rozpadnie. Dość słaba analogia, ale może pomóc romantykowi zrozumieć, w jaki sposób postrzegałem te sprawy.
Kiedy wstawałem, by przenieść narzędzia do miejsca, gdzie chciałem zacząć operację „Podkład – faza druga”, w śmieci przed domem sąsiada wjechała ciężarówka. Silnik był głośny, opony ogromne i przez chwilę zastanawiałem się, czy przymocowane do niej schodki w ogóle nadają się jeszcze do użytku oraz czy bestia jest w ogóle zalegalizowana w ruchu drogowym. Gdy skierowałem uwagę z powrotem na podkład, kątem oka zauważyłem, jak dwóch wielkich mężczyzn wychodzi z ciężarówki i kieruje się w stronę drzwi frontowych. Z kamuflażem od stóp do głów obaj mężczyźni wyglądali, jakby właśnie wrócili z polowania. Otworzyli drzwi frontowe, po czym jeden z nich wszedł do środka. Zaraz potem z domu dało się słyszeć litanię przekleństw.
Z wnętrza wyskoczyły dwa psy: jeden czarny, wyglądający jak mieszanka charta i teriera, drugi biały i mniejszy od pierwszego.
– Sasha! Bear! Zabierać swoje zapchlone tyłki z powrotem do środka! – Mężczyzna, który nie wszedł jeszcze do domu, krzyczał za psiakami, a ja zorientowałem się, że „zapchlone” stworzenia biegły w moim kierunku z pełną prędkością.
Gdy znalazły się przy mnie, już spływało z nich całe błoto nazbierane z kałuż, którymi upstrzone było podwórze. Ręce miałem zajęte, bo trzymałem w nich szczotkę i skrobaczkę. Cofnąłem się, próbując uniknąć futrzanych kul pędzących w moim kierunku. Ich zabłocone ciała uderzyły we mnie, popychając na ścianę z perfekcyjnie nałożonym podkładem, który właśnie zaaplikowałem. Natychmiast opanował mnie gniew. Te psy czekał koniec.
Wypuszczając szczotkę z ręki, chwyciłem za ciężką puszkę z podkładem i robiąc krok w przód, z dzikim krzykiem zamachnąłem się na zwierzęta, by odgonić je od domu.
Psy uniknęły uderzenia pojemnikiem i biegały wokół mnie, radośnie szczekając, jakbyśmy byli w trakcie ich ulubionej zabawy. Korzystając z pędu nadanego puszce, zawirowałem, usiłując odgonić nią kundle, i zauważyłem, że te wciąż brudzą ścianę budynku błotem, piachem oraz liśćmi. Cały ukończony przeze mnie fragment został kompletnie zniszczony, a doprowadzenie tego do ładu zajmie kolejny dzień. W tym momencie nie byłem już w stanie nad sobą zapanować. Gniew zredukował mój sposób komunikacji do podstawowych, pierwotnych form, składających się na przypadkowe warknięcia, chrząknięcia oraz parsknięcia. Kiedy obracałem się za wściekłymi bestiami, mój poziom adrenaliny przekroczył stan krytyczny. A gdy okręciłem się po raz drugi, zobaczyłem smugę żółci, a tuż po tym padłem na ziemię. Wylądowałem plecami w kałuży, a błoto spłynęło mi do oczu, oślepiając na moment. To dało mojemu przeciwnikowi przewagę, którą natychmiast wykorzystał. Usiadł na mnie okrakiem i naparł, trzymając mnie za ramiona.
– Co ty, do cholery, odwalasz, dupku?! Zostaw moje psy w spokoju, zanim zmusisz mnie do połamania ci obu jebanych nóg i wepchnięcia ich w twój tyłek tak głęboko, że będziesz mógł posmakować mojego lakieru do paznokci!
Dłonie powędrowały mi do oczu, ścierając tyle błota, ile tylko mogły. Mrugając dwa czy trzy razy i zezując, mogłem wreszcie spojrzeć na pokrytą błotem, prychającą blondynkę.
– Jak masz zamiar się z tego wytłumaczyć? Te małe pieski po prostu próbowały się z tobą pobawić, a puszka farby mogła je zranić, ty kupo gówna! – Wstała, waląc dłońmi w moją klatkę piersiową, po czym poszła sprawdzić, czy z psiakami wszystko w porządku.
Usiadłem, próbując zetrzeć resztę błota z twarzy i wciąż gapiłem się na zezłoszczoną, rozdygotaną i piękną dziewczynę pokrytą od stóp do głów błotem. I niemal tylko tym.
Furia rozbłysła w jej oczach, gdy spojrzała na mnie, pocieszając przestraszone psy.
– Więc? Masz zamiar coś powiedzieć, czy będziesz tylko tak siedzieć i gapić się na mnie z rozdziawioną gębą? Nie rozumiem, dlaczego wszyscy nazywają cię geniuszem, skoro zachowujesz się jak kretyn.
Rzuciłem okiem na zrujnowaną ścianę, co momentalnie odegnało szok, zastępując go agresją narastającą do tego stopnia, że zacząłem widzieć na czerwono. Wstałem.
– Widzisz, co zrobiły twoje kundle ze ścianą, którą dopiero co pomalowałem?! – Zrobiłem krok w przód, z palcem skierowanym prosto w jej twarz.
Lily wbiegła pomiędzy nas, wyciągając ręce, by nas odseparować. 
– Dość! Uspokójcie się, do cholery!
Zlekceważyłem kuzynkę, gdyż nie skończyłem jeszcze wymiany spojrzeń z jej koleżanką, której niebieskie oczy błyszczały spomiędzy strug błota.
– Hunterze McCormick, spójrz na mnie w tej chwili! – Słowa Lily mnie zaskoczyły. Użycie mojego imienia i nazwiska wywołało odruch Pawłowa wpojony przez matkę, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Moje oczy powędrowały do kuzynki. Uśmiechnęła się przepraszająco. – Chciałabym ci przedstawić Ellison James.


Wydawnictwo Niezwykłe Książka pt.: "Mój Troin" - Rozdział 3




ROZDZIAŁ 3

Casey
Lubię Tylera. Wciąż się uśmiecha i ma radosne oczy. Jednak wiem, że pod tym uśmiechem skrywa smutek, którego głębia przenika mnie aż do szpiku kości. Nie znam go na tyle dobrze, by móc go o to spytać, ale nie mogę przestać o tym myśleć.
Gdy tylko wspomina o Torinie, nagle się zmienia. Jest dumny, ale zachowuje się tak, jakby się przed czymś bronił. Zastanawiam się, co może być nie tak z jego bratem. Przez te wszystkie lata, które spędziłam w zastępczych domach, poznałam upośledzone dzieci, więc to dla mnie nic nowego. Może niedługo powie mi coś więcej. Na razie zamierzam cieszyć się czasem spędzonym w restauracji, do której nie pasuję, siedząc naprzeciw mężczyzny, który byłby dla mnie idealny, gdybym tylko była po drugiej stronie swojego życia. Tej szczęśliwej. Tej, która rozpocznie się, gdy skończę osiemnaście lat.
– Poproszę keczup – bełkoczę do kelnera, a on patrzy na mnie z przerażeniem. Jego oczy są wielkie jak spodki.
Tyler się śmieje.
– Proszę przynieść nam keczup – mówi do niego.
Gdy kelner odchodzi, Tyler wskazuje mój stek.
– Keczup nie będzie ci potrzebny. Zaufaj mi.
Unoszę brew, a następnie zaczynam kroić mięso. Ładnie pachnie. Przez swoje niecałe osiemnaście lat życia nigdy nie jadłam czegoś podobnego. Moim najwytworniejszym posiłkiem był gulasz, który Guy przyrządził według przepisu otrzymanego od jednej matki z kliniki.
Podnoszę kawałek steku do ust. Tyler przygląda mi się z niecierpliwością. Chce, aby mi smakował. Boże, mam nadzieję, że będzie mi smakował. Wsuwam go do ust i nagle przeżywam prawdziwą eksplozję niesamowitego smaku. Nie mogąc powstrzymać jęku przyjemności, zaczynam żuć mięso.
– Dobre?
– Rzeczywiście są najlepsze – zgadzam się z nim.
– Wciąż chcesz oblać go keczupem?
– Nigdy w życiu.
Śmieje się. Lubię jego śmiech. Żaden dorosły człowiek nigdy nie chciał mnie lepiej poznać lub zrozumieć. Nikt nigdy nie spytał mnie o zdanie, czy zainteresował się tym, czego pragnę.
Nikt oprócz Tylera.
On wydaje się szczerze pragnąć mojego szczęścia.
Nie jestem w stanie tego zrozumieć.
Kiedy jemy posiłek, zastanawiam się, z jakich innych powodów chciałby właśnie taką dziewczynę jak ja. Może skłamał, gdy mówił, że nie handluje żywym towarem lub ludzkimi organami. A może mówi prawdę. A co, jeśli to wszystko okaże się jeszcze prostsze i może po prostu chce, żebym z nim sypiała? Bardzo chciałabym być tym zdegustowana, ale nie mogę zaprzeczyć, że to dość przyjemna wizja. Nie żebym kiedyś w ogóle uprawiała seks albo ktoś tak przystojny i bogaty zainteresował się kimś takim jak ja.
– Opowiedz mi o sobie, Casey.
Mogę dużo o sobie powiedzieć. Uwielbiam czytać. Moją sekretną słabością są prowokujące do myślenia książki. Muzyka koi moją duszę. Uwielbiam ciepło. Nienawidzę śniegu. Nie znoszę wakacji, bo wtedy jestem dręczona wszystkim tym, czego nigdy nie miałam. Najmniej lubię zajęcia z angielskiego, bo podczas nich omawiamy same nudne teksty, a ja lubię przemoc, seks i krew w literaturze. Najbardziej lubię matematykę. Gdy myślę o liczbach, rozumiem je. Zawsze chciałam mieć zwierzaka, ale w żadnym z domów, w których mieszkałam, nikt nigdy mi na to nie pozwolił.
Jednak nie wyznam mu żadnej z tych rzeczy.
– Uwielbiam kosmiczne ciasteczka – mówię.
Tyler mruży oczy.
– Kosmiczne ciasteczka?
– To o nie toczą się wszystkie wojny. To o nie spiera się wszechświat. To właśnie nimi wyrażamy szczęście w każdym z istniejących języków. – Szczerzę się, a on kręci głową.
– A gdzie mogę dostać te kosmiczne ciasteczka? Zaczekaj – przerywa nagle. – Mówisz o ciastkach z marihuaną?
Wybucham śmiechem, a gość z czerwoną twarzą gromi mnie wzrokiem.
– Nie! To zwykłe ciasteczka. Guy czasami je kupuje, ale nigdy nie starczają na długo. Dzieciaki się o nie biją.
– Powiem Ethel, by je kupiła – zapewnia mnie.
– Ethel? To twoja żona? – Serce przestaje mi bić. Nawet przez chwilę nie pomyślałam, że on może mieć rodzinę. Nie zauważyłam obrączki, ale to przecież nie musi niczego oznaczać.
– Nie, nie jestem żonaty. Ethel jest naszą kucharką i gosposią.
Wow. Naprawdę ma sporo kasy. Muszę o tym pamiętać.
– Rozumiem.
– Powiedziałaś mi o ciasteczkach, ale chyba zastanawiasz się nad czymś innym. Czyżby te myśli nie chciały wyjść na zewnątrz, czy może po prostu wolisz odsłonić tylko kawałek siebie? – pyta, mrużąc oczy, jakby chciał mnie zrozumieć.
Powodzenia.
Sama ledwie siebie rozumiem.
– Zwykle mówię ludziom to, co chcą usłyszeć – przyznaję.
Tyler zaciska usta, wbijając we mnie surowe spojrzenie.
– Mnie musisz powiedzieć wszystko, Casey.
No dobrze.

(obrazek)

– Dziwnie się czuję – mówię, gdy muskam palcami jedwabisty materiał.
– Dlatego, że kupuję ci ubrania?
Kiwam głową, ale nie patrzę na niego. Obiad w restauracji był fajny i odprężający, ale teraz powietrze jest naładowane oczekiwaniami. Nie wiem, co mam zrobić ani jak powinnam się zachowywać. Sprzedawczyni wciąż posyła mi pogardliwe spojrzenia, ale gdy Tyler ją o coś pyta, cała promienieje.
– Mają tu coś wygodnego? – pytam go po kilku minutach.
Podchodzi do mnie i rozgląda się wokół.
– Ach, to przecież nie do końca jest twój styl, prawda?
– Nie.
– Wybacz mi. – Oddycha ciężko. – Niezbyt znam się na kobietach.
Rumienię się, gdy sugeruje, że dla niego jestem kobietą. Ludzie różnie mnie nazywali, ale nikt nigdy nie nazwał mnie kobietą. Byłam dzieciakiem, dziewczyną, francą, ale nigdy kobietą.
– Zauważyłam jedno miejsce po drodze – mamroczę, po czym szybko wychodzę ze sklepu.
Tyler bez wysiłku mnie dogania. Zmierzam w kierunku sklepu w centrum handlowym, o którym tyle słyszałam w szkole. Ten sklep jest dla ludzi takich jak ja. Dobiega z niego głośna rockowa muzyka, a na pomalowanych na czarno ścianach wiszą bluzy oraz koszulki z logo zespołów. Kiedy wchodzimy do środka, facet z dwoma kolczykami w ustach i słowem „Harmonia” wytatuowanym na policzku podchodzi do nas.
– W czym mogę pomóc?
– Ona potrzebuje czegoś ciepłego – mówi Tyler.
– Dziękuję, poradzę sobie. – Kiwam głową.
– Jeśli ty lub twój tata będziecie czegoś potrzebować, daj mi znać.
Na dźwięk tych słów serce podchodzi mi do gardła. Ja nie mam ojca. Nie mam nikogo. Tyler nie protestuje i nie oznajmia, że nie jestem jego córką, a ja przez krótką chwilę jestem mu za to wdzięczna. Kiedy robimy zakupy, przez sekundę udaję, że rzeczywiście nią jestem.
– Nadchodzi zima? – pyta, pokazując mi bluzę z Jonem Snowem.
– Nie musisz mi o tym przypominać – odpowiadam ze śmiechem. Po kilku minutach znajduję bluzę, która mi się podoba. – Chcę tę.
Tyler przeszukuje stosik bluz, po czym wyciąga mniejszy rozmiar.
– Ta powinna na ciebie pasować.
– Okej – mówię. – To wszystko.
Patrzy się na mnie, jakbym postradała zmysły.
– Nie ma mowy. Wybrałaś tylko jedną bluzę.
– Dobrze, tato. – Śmieję się.
Macha do sprzedawcy.
– Poproszę każdą bluzę w tym stylu w mniejszym rozmiarze – mówi. Sprzedawca jest zaskoczony.
– Mamy przynajmniej dwadzieścia takich – oświadcza.
– Chcę wszystkie. Czy może mi pan pokazać, gdzie są inne ciepłe rzeczy?
– Oczywiście. Są tutaj.
Tyler i ja buszujemy w skarpetkach z zabawnymi nadrukami. Każda para ma inny kolor. Większość to podkolanówki, które uwielbiam. Potem przeglądamy piżamy. Są po prostu absurdalne, ale i tak je uwielbiam. Znajdujemy nawet ciepłe spodnie, w których można spać. Następnie wybieram też kilka par dżinsów. Kiedy zakupy dobiegają końca, zaczynam się martwić, że to wszystko będzie sporo kosztowało.
– Casey, mogłabyś skoczyć do sklepu ze słodyczami i kupić mi ogniste cukierki? Zaraz tam przyjdę. Nie krępuj się i weź też coś dla siebie.
Tyler nie chce, abym usłyszała, ile zapłaci za moje ubrania. Tak naprawdę wcale nie chcę wiedzieć. Chwytam dwa dwudziestodolarowe banknoty, które mi podaje, po czym wkładam je do kieszeni bluzy, a następnie idę prosto do sklepu ze słodyczami. Wrzucam do małej siateczki ogniste cukierki, zawiązuję ją, a potem chwytam kolejną i wrzucam do niej tropikalne Skittlesy.
– Te siateczki szybko się wypełniają. Może powinnaś zwolnić – mówi do mnie starszy mężczyzna siedzący za ladą.
Tyler dał mi sporo pieniędzy, więc stać mnie na te słodkości. Ignoruję starszego pana i wrzucam cukierki do siateczki.
– Panienko. – Głos mężczyzny staje się ostrzejszy.
Zawiązuję siateczkę z cukierkami, po czym podchodzę do półki, na której znajdują się czekoladowe kuleczki.
– Panienko. – Starszy mężczyzna ponownie zwraca się do mnie ostrym tonem. – Muszę cię poprosić o opuszczenie sklepu.
– Dlaczego? – Wbijam w niego wzrok.
– Ten sklep jest dla klientów, którzy mogą sobie pozwolić na zakup tych słodyczy.
– Policzyłam, że będą kosztować trzydzieści osiem dolarów – cedzę przez zaciśnięte zęby. Zawiązawszy ostatnią siateczkę, kładę ją na wadze stojącej na ladzie i rzucam obok dwie dwudziestki.
Starszy mężczyzna podlicza rachunek.
– Razem to będzie czterdzieści jeden dolarów i czterdzieści trzy centy.
Chcę mu powiedzieć, by odliczył czekoladowe kuleczki, ale nie zdążam tego zrobić, ponieważ ktoś kładzie na ladzie dwa dolary. Patrzę na Tylera z wdzięcznością. Staruszek prostuje się, po czym wydaje mi resztę. Tyler podnosi siatki ze słodyczami, wskazując głową na wyjście.
Krzywiąc się, zabieram mu słodycze, po czym kieruję się w stronę drzwi.
– Jeśli jeszcze raz potraktuje pan kogoś w ten sposób, to kupię ten sklep tylko po to, aby pana zwolnić – syczy Tyler do sprzedawcy.
W całym swoim dotychczasowym życiu nigdy nie uśmiechnęłam się tak szeroko, jak w tej chwili.

(obrazek)

Kupił mi bardzo drogie auto, które jest tak luksusowe, że boję się nawet na nie spojrzeć. Teraz należy do mnie. A przynajmniej będzie należało od dnia, w którym skończę osiemnaście lat. To kolejna obietnica Tylera, w którą chcę wierzyć.
Sprzedawca powiedział, że dostarczą je za tydzień, ale przecież ja i tak nie umiem prowadzić.
Nieważne.
– Casey. – Tyler zwraca się do mnie, kiedy już jesteśmy w jego samochodzie.
Kiedy odwracam się w jego stronę, zauważam, że jest spięty i zdenerwowany. Również zaczynam się denerwować, zwłaszcza że zjeżdżamy z głównej drogi w ciemną, krętą uliczkę otoczoną z obu stron drzewami.
– Tak?
Tyler masuje kark, spoglądając na mnie. Jego oczy są pełne bólu.
– To może się nie spodobać Torinowi. On jest przyzwyczajony do swojego harmonogramu i rutyny, i… – Przerywa, po czym wzdycha. – Wiem jednak, że tego potrzebuje. Obiecaj mi, że z nami zostaniesz. Jeśli poczujesz się niekomfortowo, porozmawiaj ze mną, zanim podejmiesz pochopną decyzję, dobrze?
Zaczynam szczękać zębami, ale nie z zimna. Jestem zaniepokojona tym, co usłyszałam. Tyler podkręca temperaturę w samochodzie. Ten gest sprawia, że cały mój niepokój ulatuje, jak powietrze z przebitego balonu.
– Obiecuję.
Uśmiecha się do mnie z wdzięcznością, po czym przez następne kilka minut jedziemy w ciszy. Kiedy docieramy na miejsce, jestem bardzo zdumiona. Dom Tylera jest tak ogromny, że brakuje mi tchu. Nigdy nie widziałam tak dużej posiadłości.
– Mieszkasz w zamku! – wykrzykuję. Serce wali mi w piersi. Co prawda większość zamków jest zbudowana z cegieł, ale to wciąż jest zamek. Nawet jeśli jest z drewna.
Tyler śmieje się, zatrzymując samochód na podjeździe.
– Nie powiedziałbym, że mieszkam w zamku, ale tak, to jest mój dom.
Wyłączywszy silnik, sięga do kieszeni marynarki.
– Proszę. To dla ciebie.
Biorę iPhone'a, który mi wręcza, i wpatruję się w niego.
– Co to?
– Dzięki temu będę mógł w każdej chwili się z tobą skontaktować. Chcę, żebyś zawsze miała go przy sobie i mogła do mnie zadzwonić lub napisać, jeśli nie będzie mnie w domu.
Czuję nagły atak paniki, który rozlewa się w moim żołądku niczym chmara robaków.
– Dobrze.
Chcę mu powiedzieć, że mnie przeraża, ale nie potrafię tego z siebie wydusić. Kiedy patrzę na niego, mruży oczy, po czym kładzie dłoń na mojej ręce.
– To się uda. To musi się udać.
Po tych słowach wysiada z samochodu, podchodzi do drzwi od strony pasażera i je otwiera. Na schodach prowadzących do domu pojawia się wysoki starszy pan, który kiwa głową na powitanie. – Lokaj. Nieźle – szepczę pod nosem. Tyler chichocze.
– Lepiej nie nazywaj tak Ronniego w jego obecności.
– A na jakim stanowisku tutaj pracuje?
– Jest pomocą domową.
– Brzmi lepiej niż lokaj – mówię, zmierzając za Tylerem do domu.
W całej posiadłości panuje mrok, ale jest ciepło.
– Strasznie tu ciemno – oznajmiam, gdy prowadzi mnie do pomieszczenia z rozpalonym kominkiem, nad którym wisi ogromny portret rodzinny.
Od razu rozpoznaję uśmiech Tylera. Na obrazie jest małym chłopcem, ma siedem lub osiem lat, a jego młodszy brat jest dzieckiem, które ma najwyżej roczek. Poza maleństwem wszystkie osoby uśmiechają się, wyglądają na szczęśliwe. Ojciec czule obejmuje swoją śliczną żonę, a drugą dłoń trzyma na ramieniu Tylera.
To rodzina.
Nie wiem, jak się czuje ktoś, kto ma prawdziwą rodzinę.
Mogę sobie tylko wyobrazić, że czuje ciepło i jest szczęśliwy.
Pewnego dnia chciałabym mieć własną rodzinę.
– To stary dom – mówi Tyler. W jego głosie słyszę, że jest odrobinę spięty. – Wybudowano go specjalnie dla jego poprzednich właścicieli.
– Nieźle.
Przygląda mi się, mrużąc oczy.
– Casey, w tym domu nie ma okien.

wtorek, 23 lipca 2019

Wydawnictwa Videograf SA Książka pt.: "Zapomnij o mnie” - OPINIA


Zapraszam na opinię o książce pt.: „Zapomnij o mnie”, jaką otrzymałam od Wydawnictwa Videograf.



Marco ma wszystko to, o czym wielu marzy – bogatego ojca, przyjaciół i wspaniałą dziewczynę. Traci jednak to wszystko, praktycznie w jednej chwili. Jego ojciec traci majątek, a po niedługim czasie popełnia samobójstwo (a raczej tak wszyscy myślą), przyjaciele okazują się fałszywi, a jeden z nich zabiera mu dziewczynę. Załamany, samotny, bez przyszłości odpuszcza miasto, by po latach wrócić jako bogaty mężczyzna, chcący się zemścić. Jest pełny nienawiści, a jednocześnie dalej kocha Ginę, mimo wielu prób nie potrafi o niej zapomnieć. Nic jednak nie okazuje się takie, jak się wydawało być. Wiele tajemnic, ukrywanych przez lata pomału wychodzi na jaw. Kobieta jest nieszczęśliwa, a mimo to, dalej kwi w małżeństwie. Czy Marco dokona zemsty? Czy jego ojciec naprawdę popełnił samobójstwo? Dlaczego Gina zostawiła go, wtedy kiedy najbardziej jej potrzebował? Czy miłość po tylu latach ma jeszcze jakąś szansę?

Książka czytamy w czasie teraźniejszym ze wplecionymi wątkami z przeszłości. Zdecydowanie przypadło mi to do gustu. Poznajemy nie tylko historię, jaka się dzieje teraz, ale również dowiadujemy się dokładnie, co stało się wcześniej, co sprawiło, że pewne rzeczy się wydarzyły.

Bohaterowie ciekawi i realni. Śmiało, można się z nimi utożsamiać, przeżywać wspólnie zdarzenia. Zdecydowanie ich polubiła, choć kobietę dopiero pod sam koniec, kiedy poznałam jej motywy działania.

Historia zdecydowanie ciekawa, wciągająca. Czyta się ją szybko, przeżywa razem z bohaterami. Wywołuje bardzo dużo emocji, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych (szczególnie do niektórych osób drugoplanowych). Nie raz podczas czytania pojawiły się w oczach łzy wzruszenia.

Książkę przeczytałam w jeden wieczór, nie mogąc się oderwać. Chciałam od razu poznać całą historię, dowiedzieć się zarówno jak się to wszystko zaczęło (czym kierowała się Gina), jak i jak się skończy. Uważam, że warto po nią sięgnąć i z przyjemnością polecam.



Moja ocena – 10\10



Serdecznie zapraszam na stronę Wydawnictwa Videograf SA oraz na FB.

Książkę pt.: „Zapomnij o mnie” znajdziecie TU.

Wydawnictwo Egmont Książeczka pt.: „Skrzydłowi. Technicy, magicy, indywidualiści” - OPINIA


Zapraszam na opinię o książce pt.: „Skrzydłowi. Technicy, magicy, indywidualiści”, jaką otrzymałam od Wydawnictwa Egmont.







Już nie raz pisałam, że mój syn kocha sporty, w szczególności piłkę nożną i dla niego książka była wspaniałym prezentem. Jak tylko się dowiedział, że ma przyjść, z niecierpliwością wyczekiwał kuriera, a później wiele razy ją czytał, oglądał zdjęcia, zachwycał się wszystkim, co w niej znalazł.

W książce poznamy wielu sławnych skrzydłowych, dowiemy się dużo na ich temat, od strony zawodowej, ale też i prywatnej. Jest również bogatym źródłem wiedzy, co tak naprawdę jest zadaniem skrzydłowych, co robią na boisku, jaki mają wpływ na mecz.

Tekst jest ciekawy, wciągający. Młody, mimo że od niedawna umie czytać, książkę czytał samodzielnie, z wypiekami na twarzy.

Znajdziemy w niej podział na rozdziały. Osobiście lubię takie rozwiązania, pozwalają łatwiej „poruszać” się po książce.

Jest w niej bardzo dużo liczbę. Są ładne, zachwyciły synka, który z przyjemnością je ogląda.

Młody jest dosłownie zachwycony książką, a ja momentami, kiedy wraz z nią zapomina o całym świecie (również o rozrabianiu :) ). Z przyjemnością polecam dla każdego fana piłki nożnej i tego małego i tego całkiem dużego.



Zalety:
  • Dużo ciekawych informacji o pomocnikach.
  • Piękne zdjęcia.
  • Ciekawy, zrozumiały tekst.
  • Podział na rozdziały.


Wady:
BRAK



Moja ocena – 10\10


Serdecznie zapraszam na stronę Wydawnictwa Egmont oraz FB Galaktyka Czytelnika.

Książkę pt.: „Skrzydłowi. Technicy, magicy, indywidualiści” znajdziecie TU.

Wydawnictwo NieZwykłe Książka pt.: "Słodkie szaleństwo" - ZAPOWIEDŹ





Max Leokov mógł się tylko przyglądać, jak ludzie wokół niego znajdują szczęście w miłości.
W jego życiu był taki czas, kiedy nie tylko pragnął miłości, lecz także, co ważniejsze, dla niej żył.
Kochał już raz. Z całych sił.
Jednak teraz nie ma śladu po tym uczuciu. Zostało złamane serce i córeczka, którą trzeba się zaopiekować.

Nie ma wątpliwości, że serce Maksa zasługuje na drugą szansę.

Helena Kovac poświęciła mnóstwo czasu nauce.
Harowała jak wół, by ukończyć studia.
Nie ma czasu na miłość.
Ona nawet nie ma czasu na chwilę zapomnienia.
Książki i praca to całe jej życie. Pozostałe sprawy są drugorzędne.

Kiedy Max i Helena łączą siły, aby pomóc córce Maksa Ceecee, oboje są zaskoczeni niesamowitym przyciąganiem, które pojawia się między nimi.

Cynik i pracoholiczka.
Kiedy miłość w nich uderza, zwala ich z nóg.
Ale miłość potrafi zadawać też ból. Max coś o tym wie.

poniedziałek, 22 lipca 2019

Wydawnictwo Niezwykłe Książka pt.: "Mój Troin" - Rozdział 2




ROZDZIAŁ 2

Tyler
Tym razem upadłem naprawdę nisko.
Zapłaciłem mężczyźnie dwadzieścia tysięcy dolarów, by móc zabrać jego przybraną córkę. Myślałem, że będzie stawiał opór albo się rozmyśli. Nie spodziewałem się, że dam mu pieniądze i dziesięć minut później będę jechał z nią samochodem. Chciał tylko wiedzieć, jak się nazywam oraz gdzie mieszkam, a ja z ochotą udzieliłem mu tych informacji, wręczając pieniądze. Nic innego nie było ważne.
Liczy się tylko ona.
Dałbym mu wszystko.
Musiałby mnie tylko o to poprosić.
Kurwa.
Przecież to jest cholernie nielegalne.
Mam trzydzieści dwa lata i nie mam żadnego interesu w opiekowaniu się nastolatką.
Mam jednak swoje powody. Są dobre. Mają sens. Muszę tylko zachować ostrożność. Jeden krok w złą stronę może wszystko zniszczyć.
Mlask. Mlask. Mlask. Mlask.
Ona żuje tę gumę tak, jakby nie wiedziała, co innego może teraz zrobić. Ściska swój plecak, który jest podarty i brudny, i wygląda tak, jakby zaraz miał się rozpaść. Chcę zamienić go na nowy. Chcę dać jej wszystko.
Chcę to zrobić, bo sam chcę od niej wszystkiego.
– Jesteś głodna? – pytam, spoglądając na jej twarz.
– Tak – odpowiada, spinając się.
– Na co masz ochotę?
Powoli odwraca głowę w moją stronę, a ja cieszę się, że pada na nas światło, bo w końcu mogę dobrze przyjrzeć się jej twarzy. Wciąż staram się zrozumieć, co takiego w niej przebija mrok, rozjaśniając go światłością. Mruga niewinnie tymi niebieskimi oczami i jest tak cholernie drobna. Dosłownie znika w swoim ubraniu. Naciągnęła nisko czapkę. Nawet pod tyloma warstwami jest jej zimno. Jej nos jest zaczerwieniony, a ciało drży.
Chociaż zalewam się potem, sięgam do przodu, po czym podkręcam ogrzewanie. Wkraczam na nowe, nieznane terytorium. Każdego dnia zawieram transakcje i zabezpieczam przyszłość mojej rodziny, ale to jest coś zupełnie nowego.
Wciąż nie wiem wielu rzeczy o świecie, o ludziach, ale po prostu to zaakceptowałem.
– Może masz ochotę na stek? – pytam.
– Nie wiem… – Wzrusza ramionami, wyglądając przez okno. – Mam być szczera?
– Bądź szczera. – Uśmiecham się.
Kiedy ponownie odwraca się, wbija we mnie lodowate, niebieskie oczy.
– Nigdy nie jadłam steku – mówi.
Chcę się roześmiać z jej żartu, ale nagle zdaję sobie sprawę, że mówi poważnie. To biedne, niekochane dziecko nigdy nawet nie jadło potrawy, która dla mnie jest czymś oczywistym. Stek to jeden z moich ulubionych posiłków. Włączam kierunkowskaz i jadę prosto do jednej z najlepszych restauracji ze stekami w całym mieście.
– Cedrowy Pień – czyta napis nad wejściem. – Brzmi apetycznie.
– Tu serwują tak pyszne jedzenie, że lepszego w życiu nie jadłaś – oświadczam, tym razem nie będąc w stanie powstrzymać śmiechu.
– To nie będzie wielki wyczyn – mówi sucho, a ja zatrzymuję się i wyłączam silnik.
– Kupię ci cieplejsze ubrania. Zjemy obiad i pojedziemy do sklepu, dobrze?
– Czego ty właściwie ode mnie chcesz? – Mruży oczy. Przygląda mi się, tak jakby chciała mnie rozszyfrować, a ja widzę w nich strach, który mnie przeraża.
Nawet przez sekundę nie pomyślałem o tym, że ona może myśleć, że chcę wykorzystać ją seksualnie.
– Ja… – stękam. – No dobrze, chcę czegoś – mówię, a ona sztywnieje.
– Może powinieneś zawieźć mnie z powrotem – proponuje. – Nie będę dobra w tym, czego chcesz, cokolwiek to jest. Uwierz mi, nie znam się na tych sprawach.
– Nie chodzi mi o to. – Kręcę głową. – Naprawdę. Potrzebuję czegoś znacznie prostszego. Potrzebuję ciebie.
– Będę z tobą szczera, Tyler. To wszystko zaczyna być cholernie przerażające.
Ponownie kiwam głową i przejeżdżam dłonią po twarzy.
– Tak, cholernie przerażające – zgadzam się z nią. – Przysięgam, że nie jestem zboczeńcem. Możesz mi zaufać.
– To chyba mówi każdy z tych mężczyzn, którzy zwabiają młode dziewczyny do swoich samochodów…
Czuję nagłe ukłucie winy. O niektórych rzeczach nie powinienem mówić. Coś podpowiada mi, że mogłyby ją zdenerwować.
– Po prostu pozwól mi się nakarmić, Casey. Teraz pragnę tylko tego.
Kiedy otwiera drzwi samochodu, drży.
– Teraz? – rzuca.
Cholera.
Wysiadam z audi, a następnie idę za nią. Ma tylko metr pięćdziesiąt, ale porusza się naprawdę szybko. Jest już przy drzwiach restauracji, gdy w końcu ją doganiam. Chwytam za klamkę i otwieram drzwi.
– Damy przodem.
– Nie widzę tu żadnych dam – parska.
– Dzień dobry, jak mogę… – Kelnerka podchodzi do nas i przerywa w pół słowa na widok Casey.
Odchrząkuję i otwieram usta, ale Casey znowu mnie wyprzedza.
– Stolik dla dwojga. Taki blisko wyjścia. Ten koleś jest trochę dziwny i chciałabym szybko zwiać, gdyby zaczął się do mnie przystawiać – mówi z kamienną twarzą.
Kobieta wbija w nią zaskoczone spojrzenie, po czym spogląda na mnie bezradnie.
– Stolik dla dwóch osób. Przy oknie. Niedaleko wyjścia – powtarzam z uprzejmym uśmiechem.
– Oczywiście. – Kiwając głową, chwyta dwie karty dań. – Proszę za mną.
Casey posyła mi szelmowski uśmieszek, który rozgrzewa moje serce. To. To właśnie dlatego ona jest tu ze mną. Może nie rozumiem ludzi zbyt dobrze, ale doskonale wiem, co oznacza taki uśmiech. Ta dziewczyna jest naładowana pozytywną energią. Nie jest kimś, kto ślepo podąża za tłumem. Tacy ludzie trafiają się bardzo rzadko. Tacy ludzie zasługują na odnalezienie innych, w których również płynie taka sama pozytywna energia.
Gdy podchodzimy do stolika, odsuwam dla Casey krzesło. Wskazuję jej, by na nim usiadła, ale ona przygląda mi się podejrzliwie, jednak w końcu zajmuje swoje miejsce. Siadam na krześle. Po chwili do naszego stolika podchodzi kelner.
– Co mogę podać państwu do picia? – pyta.
– Dla mnie kieliszek najlepszego wina, jakie tu macie – żąda Casey i unosi brew, spoglądając na mnie wyzywająco.
– Colę. – Kręcę głową. – Poprosimy dwie szklanki coli.
Kelner kiwa głową, po czym odchodzi od stolika.
– Straszny z ciebie sztywniak – wzdycha Casey. Zaczyna wiercić się na krześle, przez co przyciąga uwagę innych gości, ale ja się tym nie przejmuję. Nic nie jest w stanie mnie zawstydzić.
– Jestem przestępcą.
Unosi brew, ale nie wydaje się być przerażona tym, co właśnie usłyszała.
– Przyprowadzenie cię tutaj nie było w pełni legalne, co czyni ze mnie prawdziwego przestępcę. Ale nawet prawdziwy przestępca nie poda alkoholu nieletniej – dokańczam z uśmiechem.
Casey przestaje wiercić się na krześle.
– Ludzie się na mnie gapią – mówi.
– Pozwól im się gapić.
– Nie pasuję do tego miejsca.
– Dlaczego tak myślisz?
– Bo nie jestem taka jak oni. Nie jestem taka jak ty.
– Masz szczęście, że nie jesteś. – Pocieram kark dłonią.
– Powinnam się ciebie bać. – Patrzy na mnie zdezorientowana.
– Dlaczego? – pytam obrażony.
Na jej ustach ponownie rozkwita ten wspaniały, kojący duszę uśmiech. Gdyby tylko.
– Bo jesteś mafiosem, prawda? Zamierzasz sprzedać mnie jako niewolnicę seksualną lub dorobić się, sprzedając moje organy na czarnym rynku, co, przestępco?
– Tak naprawdę nie wziąłem tych możliwości pod uwagę. – Unoszę brew. – Ale skoro już o tym wspomniałaś, to jestem ciekawy, ile dostałbym za twoją wątrobę.
– Dupek – odcina się.
– Nie zamierzam cię sprzedać ani wykorzystać. Nie jestem potworem.
– Nie wiem dlaczego, ale ci wierzę, co trochę mnie przeraża – przyznaje łagodnym tonem, spoglądając w okno.
– Na co masz ochotę? – pytam ponownie, zmieniając temat. – Tutaj mają pyszne nadziewane grzyby. Może weźmiemy je jako przystawkę?
Spogląda na mnie i krzywi się, ale mimo to kiwa głową.
– No dobrze, niech ci będzie.
Jej krótkie odpowiedzi wcale mi nie przeszkadzają.
– Polecam stek. Średnio wysmażony. Odrobina krwi jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
– Powiedział podejrzany typ, który chce sprzedać moje organy na czarnym rynku.
– Po prostu coś wybierz. – Śmieję się, wskazując na menu. – Nie zamierzam cię zabić.
– Znasz mnie dopiero od trzydziestu minut – szepcze. – Większość ludzi zaczyna mnie nienawidzić dopiero po dwóch lub trzech dniach.
Mrużę oczy. Czuję ukłucie w sercu.
– Nienawiść to mocne słowo. Dlaczego ktoś miałby cię nienawidzić?
Casey podnosi zawinięte w papierową chusteczkę sztućce i wyjmuje widelec, po czym w roztargnieniu zaczyna stukać nim w pusty kieliszek do wina.
Stukstukstukstukstukstukstukstukstuk.
Czekam cierpliwie, aż odpowie.
– Bo jestem wkurzająca – odpowiada po długiej przerwie, nie przestając stukać w kieliszek. Inni goście spoglądają w naszą stronę.
– Kto tak twierdzi? – pytam.
Przestaje stukać, a potem wskazuje widelcem na kogoś.
– Na przykład tamten łysy gość, ten z czerwoną gębą. Wkurzam go, bo głośno się zachowuję.
Zauważam, że tamten mężczyzna rzeczywiście patrzy się na nią rozeźlonym wzrokiem. Zaciskam szczękę i również wbijam w niego piorunujące spojrzenie, po czym pokazuję mu, by się odwrócił. Słyszę, jak głośno wzdycha, odwracając się do swojego stolika.
– Pfff – mruczy Casey.
Stuk. Stuk. Stuk.
Tym razem stuka wolniej.
– Mnie nie wkurzasz.
– Kłamiesz. – Śmieje się. Ma ładny, melodyjny śmiech.
– Nie kłamię.
Unosi brew tak wysoko, że prawie znika pod jej czapką.
– To dlaczego mnie tu przyprowadziłeś?
– Tak szczerze? – odpowiadam pytaniem na pytanie.
– Tak szczerze. – Uśmiecha się.
– Mój młodszy brat cię lubi.
Stuk. Stuk. Stuk.
– Kim jest twój brat?
– Ma na imię Torin.
– To dziwne imię.
– A on jest dziwnym mężczyzną.
Casey nagle sztywnieje, po czym przestaje stukać widelcem w kieliszek.
– Macie zamiar mnie torturować?
– Nie, na miłość boską. – Kręcę głową. – Co oni każą wam czytać w tej szkole?
– Powinieneś raczej spytać, czego nie pozwalają nam czytać – odpowiada szelmowsko.
– Nie zamierzam cię torturować. Chcę tylko, żebyś z nami zamieszkała. Była z nami. Dotrzymywała nam towarzystwa – przyznaję, a serce wali mi w piersi.
Żeby to tylko było takie proste.
– Pozwól, że to wyjaśnię – mówi i wskazuje na mnie widelcem. – Ja – wskazuje na siebie – mam zabawiać ciebie? – Ponownie wskazuje na mnie.
– Nie masz mnie zabawiać – mruczę. – Po prostu bądź.
– Właśnie stałeś się jeszcze bardziej przerażający, Tyler – parska.
– Proszę – szepczę błagalnym tonem.
Nagle przestaje być rozbawiona. Zaczyna mi się przyglądać.
– Naprawdę nie kłamiesz?
– Nigdy nie kłamię.
– Nie skrzywdzisz mnie?
– Nigdy.
– I kupisz mi samochód? Bez żadnych zobowiązań?
– Dam ci wszystko, czego zapragniesz.
– Nawet własny pokój z kominkiem?
W całym domu jest tylko jeden kominek, który znajduje się w moim pokoju, ale ona może w nim zamieszkać.
– Możesz zamieszkać w moim pokoju. Tam jest kominek.
– Jaki jest haczyk?
Mój brat.
– Torin – zaczynam. – On… – Rozglądam się dookoła i krzywię na widok wpatrzonych w nas ludzi. – Inni ludzie patrzą na niego tak jak na ciebie.
Gdy ponownie spoglądam na nią, jej oczy są wypełnione łzami.
– Nie mogę się doczekać, kiedy go poznam.