środa, 22 kwietnia 2020

Wydawnictwo NieZwykłe Książka pt.: "Nieudealnie dopasowani" - Rozdział 2





Rozdział drugi

Reid
Mama Willow tuli mnie w ramionach, jakbym naprawdę był żałosnym, niekochanym mężczyzną, jakiego udaję. A ja w tym czasie patrzę na Willow i z całych sił staram się nie parsknąć śmiechem.
Oboje wiemy, że ściemniam.
Nie jestem ani niekochany, ani smutny. Mogę przyznać Willow, że to żałosne, że nie umiem gotować i robić zakupów, ale wtedy przypominam jej, że lubi robić te rzeczy za mnie. Nie mógłbym jej tego zabronić i ją unieszczęśliwić.
Prawda jest taka, że jestem normalnym facetem, którego najlepsza przyjaciółka mieszka po drugiej stronie korytarza. Dba o to, żebym był najedzony i dobrze ubrany. Poza tym zawsze mogę na nią liczyć.
Gdy zdechł mi pies, była przy mnie.
Gdy mój głupkowaty brat Leo wprowadził się do mnie, bo dziewczyna wyrzuciła go z domu, Willow dopilnowała, żebym go nie zabił.
Gdy zdradziła mnie była, to Willow zaoferowała pomoc w zakopaniu ciała (Glinda nie była dobrą wróżką, którą zgrywała – prędzej wiedźmą).
Nic nie jest dla mnie ważniejsze od naszej przyjaźni.
Nic.
Chociaż teraz, gdyby wzrok mógł zabijać, padłbym trupem.
– Chodź, usiądź. – Pani Hayes ciągnie mnie w stronę krzesła.
Nie chcę, żeby się wydało, że udaję, więc pociągam nosem, jakbym walczył ze łzami.
Wills przewraca na to oczami.
– Och, błagam – mruczy pod nosem.
– Chcę, żebyście oboje mieli w życiu kogoś, z kim moglibyście dzielić coś więcej niż pizzę i chińszczyznę. Potrzebujecie związku – mówi pani Hayes, patrząc to na mnie, to na Willow. – Wiem, że jesteście przyjaciółmi, co jest bardzo ważne, bo potrzebujemy w życiu platonicznych relacji, ale potrzebujecie też romantycznego uczucia, które ktoś odwzajemni. – Zanim którekolwiek z nas może coś powiedzieć, podnosi ręce. – Tak, wy się kochacie, ale nie kochacie. Myślę, że wszyscy się z tym zgodzimy.
Willow wzdycha i kiwa głową. Wymieniamy spojrzenia. Nikt nie rozumie naszej przyjaźni. Wills jest piękna, bardzo zabawna, inteligentna i naprawdę bardzo dojrzała, ale nigdy nie żywiliśmy do siebie romantycznych uczuć.
Jakimś cudem nasza przyjaźń jest po prostu przyjaźnią.
Chodzi mi o to, że może zamiast sobie pomagać, ranicie siebie nawzajem – kontynuuje jej mama.
– Mamo, nic nam nie jest. – Willow podnosi ręce. – Naprawdę. Reid jest szczęśliwy. Ja jestem szczęśliwa. Nie wszyscy potrzebują do szczęścia małżeństwa.
Jej mama patrzy na mnie z powagą.
– Chcesz mieć żonę i dzieci?
Prawda jest taka, że nie chcę. Nie chcę być ojcem, mężem, a już tym bardziej stać się taki jak mój własny ojciec. Dorastałem z najbardziej popieprzonymi rodzicami na świecie. Mama jest alkoholiczką. Ojciec bez przerwy pracuje, żeby nie widzieć jej pijanej, a ja i mój brat możemy liczyć głównie na siebie. Mają kupę kasy, ale ich życie jest żałosne. Muszą być nieszczęśliwi. Dlaczego miałbym powtórzyć ich błąd?
Nie chcę analizować mojej popieprzonej sytuacji rodzinnej z panią Hayes. Ledwo co mówię o tym Willow. Wolę, żeby ten temat pozostał w przeszłości.
– Nie jestem pewien, czy chcę mieć żonę i dzieci – odpowiadam i decyduję się na kolejne kłamstwo, żeby uniknąć następnych pytań. – A przynajmniej nie teraz. Może w dalszej przyszłości poznam kogoś odpowiedniego.
Odwraca się do Willow.
– A ty?
– Wiesz, że chcę mieć dzieci. Prędzej niż później.
– Więc dlaczego nie pomożecie sobie nawzajem? A przynajmniej nie przestaniecie sabotować swoich szans na życie w miłości?
– Co ma pani na myśli? – pytam.
– Pozwól, żeby Willow pomogła ci znaleźć odpowiednią partnerkę.
– Co? – Głos mam pełen przerażenia.
– Prowadzimy agencję matrymonialną.
– Tak, ale…
Willow odchrząkuje.
– Mamo. Chyba nie sądzisz, że to dobry…
Kontynuuje, jakbyśmy nic nie mówili.
– Willow musi się wykazać, a ty, Reidzie Fortino, potrzebujesz kogoś, kto kocha cię na tyle, żeby pomóc znaleźć ci odpowiednią kobietę. Co ty na to?
– Eee… – Rozpinam kołnierzyk koszuli, bo mam wrażenie, że się duszę. – Nie sądzę…
– Chodzi mi o to, że nie młodniejecie – mówi pani Hayes, na co oboje przewracamy oczami. – Wiem, że kobiety nie lubią o tym mówić, ale istnieje coś takiego jak wiek rozrodczy.
– Mamo. Czy możemy teraz o tym nie rozmawiać?
– Dlaczego? Przecież to fakt.
– Rozumiem, poza tym mam już plan, wiesz o tym – mówi i bierze głęboki oddech. – Mam umówioną wizytę w klinice.
Przechodzą mnie ciarki. Zaciskam ręce w pięści. Jeśli chce mieć dzieci, świetnie, życzę jej tego, ale jeśli znowu mówi o sztucznym zapłodnieniu, czy jak to się tam nazywa, chyba zwymiotuję. Na samą myśl, że mieliby wstrzyknąć jej materiał genetyczny jakiegoś kutafona, robi mi się niedobrze. Co za życiowi nieudacznicy spuszczają się do probówek?
– Wspieram ten plan, kochanie, ale to nie pomoże Reidowi z jego problemami – mówi jej mama. – Potrzebuje partnerki, żeby nie być samotnym. A ty potrzebujesz na swoim koncie zakończonego sukcesem swatania, co dałoby ci pewność, że możesz poprowadzić firmę dalej, żebym ja mogła wylegiwać się na plaży w St. Croix i czekać na informację o zbliżających się narodzinach mojego wnuczęcia. – Pani Hayes mówi z taką błogością, jakby to wszystko miało sens.
Muszę się odezwać. Właśnie w tym pieprzonym momencie.
– Proszę posłuchać, pani Hayes. Doceniam pani troskę, ale nie ma takiej opcji, żeby Willow była w stanie znaleźć mi partnerkę. Nie ma sensu robić jej nadziei.
Willow prostuje się i mówi do mnie z uniesioną brwią.
– Co masz przez to na myśli?
– Mam na myśli to, że nie będę twoim romantycznym zawodowym sukcesem, Wills. Nie chcę, żebyś się czuła zawiedziona.
Pani Hayes wciąga powietrze przez zęby i kładzie rękę na sercu.
– Zaskakujesz mnie, Reidzie Fortino. Willow potrzebuje naszej wiary. Czy chcesz powiedzieć, że nie jest dobra w swojej pracy?
Cholera. Ta kobieta jest dobra w te klocki.
– Nie! Wierzę w nią. Po prostu…
– Zrobię to. – Willow wstaje i rzuca mi wyzywające spojrzenie. – Będziesz moim klientem. – Po tym wskazuje palcem na swoją mamę. – I udowodnię ci, że mogę przejąć po tobie firmę.
Unoszę brwi. Nie wiem, czy to żart, czy może wkurzyłem ją tak bardzo, że chce się na mnie odegrać, czy naprawdę uważa, że znajdzie mi bratnią duszę. Jakby w ogóle taka istniała.
– Wyśmienicie. – Pani Hayes splata dłonie i kładzie je na piersi. – A teraz grupowy uścisk.
Willow podchodzi do nas z błyskiem w oku. Obejmują mnie z obu stron, a ja stoję jak wmurowany.
Co tu się właśnie wydarzyło, do cholery?

***
– Czyś ty zwariowała? – pytam Willow, otwierając jej drzwi taksówki. – Dlaczego powiedziałaś swojej mamie, że znajdziesz mi partnerkę?
– Głównie dlatego, że powiedziałeś, że nie dam rady tego zrobić. – Uśmiecha się do mnie szeroko i wsiada na tylne siedzenie. – Nie mogę nie skorzystać z okazji, by udowodnić ci, że się mylisz. Poza tym zasłużyłeś na to po tym, jak powiedziałeś jej, że odstraszam kobiety, które zapraszasz do domu. Jakby którakolwiek cokolwiek cię obchodziła.
Siadam obok niej z jękiem i zamykam drzwi.
– To się dla ciebie źle skończy.
– Może tak, może nie.
Podaję kierowcy adres, pod którym mieszkamy, i posyłam Willow zbolałe spojrzenie.
– Wiele razy mówiłaś mi, że jesteś w tym beznadziejna. Że twoja mama zatrudniła cię tylko dlatego, że jej poprzednia asystentka zwolniła się z dnia na dzień, a ty w tamtym czasie wyleciałaś z pracy.
– Nie zostałam zwolniona, dupku – mówi z oburzeniem, dźgając mnie w udo. – Odeszłam, bo nie chciałam zająć się „poprawkami” w dokumentach, o które prosił wiceprezes. Straciłam pracę, bo byłam uczciwa.
– Wiem, tylko ci dogryzam. – Tak naprawdę cieszę się, że nie pracuje już dla tej firmy księgowej. Spotkałem kilka razy jej zasranego wiceprezesa i widziałem, że chce, żeby zajęła się czymś więcej niż dokumentami. – Wiesz, uważam, że we wszystkim byś sobie świetnie poradziła, włącznie z tym romantycznym dziadostwem. Ja po prostu ani tego nie potrzebuję, ani nie chcę.
– Śmiem twierdzić, że nie protestowałeś jakoś szczególnie, mój drogi przyjacielu. Może moja rodzicielka ma co do ciebie rację i za murami, które wokół siebie postawiłeś, skrywa się ogromne serce pragnące odnalezienia drugiej połówki. – Opiera brodę na dłoni i pochyla się w moją stronę, trzepocząc rzęsami.
Kładę rękę na jej twarzy i odpycham ją.
– Skończ, psychiczna kobieto. Nie wierzysz w całe to swatanie, tak samo jak ja.
Śmieje się i prostuje.
– Nie chodzi o to, że w to nie wierzę. Po prostu nie mam szczęścia i talentu w zakresie życia romantycznego, co widać po tym, że każdy facet, z którym się umawiałam, okazywał się złamasem.
– Tu się z tobą zgodzę – mruczę. Gust Willow odnośnie do mężczyzn jest bardziej niż tragiczny.
– Ale tu nie chodzi o mnie, lecz o ciebie. I znam cię wystarczająco dobrze, by umieć znaleźć ci idealną dziewczynę. – Kiwa z rozmysłem głową. – Wiesz, im więcej o tym myślę, tym bardziej uważam, że to będzie dla mnie podwójne zwycięstwo. Udowodnię mamie, że może przekazać mi firmę, a w dodatku przez najbliższe pół roku będę miała całkowitą kontrolę nad tym, z kim się spotykasz.
– Pół roku? – Wpatruję się w nią.
– Słuchaj, znalezienie idealnej partnerki wymaga czasu – mówi do mnie jak do dziecka. Nagle poważnieje i wskazuje na mnie palcem. – Lepiej bądź grzeczny. Żadnego sabotowania randek i wymigiwania się od nich.
Jęczę, gdy widzę swoją najbliższą przyszłość pełną beznadziejnych randek ze zdesperowanymi kobietami, o których Leo mówi NT – Niewyjściowa Twarz.
– Co będę miał w zamian za przeżycie tych niedorzecznych randek?
– Wieczną miłość. – Trąca mnie w ramię.
– To za mało. Chcę czegoś od ciebie.
– Niby czego?
Zastanawiam się chwilę.
– Jeśli mam podejść do tego poważnie, musisz mi obiecać, że nie dasz się zapłodnić nasieniem od jakiegoś dawcy spermy.
Wzdycha głośno i przewraca oczami.
– Te dwie rzeczy nie mają ze sobą nic wspólnego, Reid.
– Nieważne. Uważam, że za bardzo się spieszysz i powinnaś to jeszcze przemyśleć. Nie mogę uwierzyć, że nie powiedziałaś mi o umówionej wizycie. – Taksówka zatrzymuje się przed naszym budynkiem, więc płacę za przejazd.
– Nie powiedziałam ci, bo wiedziałam, że będziesz się wściekał – mówi, gdy wysiadamy z auta. – Odkąd powiedziałam ci o swoim planie, zacząłeś się dziwnie zachowywać.
Zamykam za nią drzwi.
– To plan jest dziwny, nie ja. Jak w ogóle możesz myśleć, że to dobry pomysł? Do wszystkich innych spraw podchodzisz przecież bardzo racjonalnie. – Razem idziemy w stronę wejścia, a ja otwieram ciężkie szklane drzwi do lobby.
– To bardzo racjonalna – nie emocjonalna – decyzja – mówi, rzucając mi przez ramię znaczące spojrzenie. – To ty pochodzisz do tego emocjonalnie.
Gdy wsiadamy do windy, staram się znaleźć jakiś argument, ale nie potrafię.
– Wiesz, że to gadanie o wieku rozrodczym to ściema – mówię w końcu, gdy wciska przycisk naszego piętra. – Kobiety zachodzą w ciążę, gdy są starsze od ciebie.
– To nie ściema. Uważa się, że trzydzieści pięć lat do dla ciąży wiek zaawansowany, a wiele kobiet musi poddawać się bardzo kosztownym zabiegom, by móc w ogóle w tę ciążę zajść. In vitro i te sprawy, a IUI jest znacznie przyjemniejsza dla portfela.
Drzwi windy otwierają się i, gdy ludzie z niej wysiadają, wchodzimy do środka.
– Co to jest to cholerne IUI1?
– Inseminacja domaciczna. Opowiadałam ci już o tym.
– I co, zapłodnią cię, wpuszczając ci do środka pipetą nasienie jakiegoś typa, który spuścił się do kubeczka?
Przewraca oczami.
– Bez przesady.
– Mówię poważnie, Wills. Myślisz, że to mistrzowie olimpijscy i naukowcy walą tam sobie konia? Pomyśl. Chodzi tam banda dziwaków. Czy tylko ja martwię się o zestaw genów dla twojego dziecka?
Winda zatrzymuje się na naszym piętrze.
– W porządku, Reid. Zgodziłeś się na to całe swatanie, dlatego odłożę wizytę na później.
– I przemyślisz to jeszcze raz – dodaję, gdy idziemy w stronę drzwi do naszych mieszkań. – Nie mogę uwierzyć, że twoja mama nie ma nic przeciwko.
– Moja mama chce wnuków i obie wiemy, że nie ma co liczyć na standardowe metody. – Wyjmuje klucze z torby. – Dlaczego nie możesz mnie po prostu wspierać?
– Mogę. Robię to. Po prostu… – Jak mam jej to wyjaśnić, nie brzmiąc przy tym jak zaborczy dupek? Nie wiem nawet, dlaczego tak bardzo mi się to nie podoba. Kocham Willow i chcę, żeby była szczęśliwa. Jeśli potrzebuje do szczęścia dziecka, dlaczego nie mogę po prostu się zamknąć i jej wspierać?
Dochodzimy do naszych drzwi. Chwytam ją za ramię, zanim otworzy swoje mieszkanie.
– Posłuchaj. Przepraszam. Ale wiesz, że nie potrafię siedzieć cicho, gdy mam coś do powiedzenia. Zwłaszcza gdy chodzi o ciebie.
Prycha.
– Co prawda, to prawda.
– Więc mamy umowę? Ja pójdę na parę randek z wybranymi przez ciebie kobietami, a ty wstrzymasz się z inscenizacją domaciczną?
Próbuje się nie uśmiechnąć.
– „Inseminacją” domaciczną.
– Jak zwał, tak zwał.
– Tak, mamy umowę. Ale gdy ty i przyszła pani Fortino będziecie planować ślub, ja pójdę na umówiony zabieg. Oczekuję wtedy od ciebie pełnego wsparcia.
Czuję ucisk w żołądku, ale wyciągam do niej rękę.
Choć i tak za cholerę nie pozwolę, żeby doszło do którejkolwiek z tych dwóch rzeczy.
1 Skrót z języka angielskiego (intrauterine insemination), stosowany też w języku polskim (przyp. tłum.).

14 komentarzy:

  1. Brzmi ciekawie...musza przeczytać całą ksiażkę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj interesująca propozycja, chętnie poczytałabym teraz w dobie pandemii.

    OdpowiedzUsuń
  3. Super się czyta 🙂 Jestem ciekawa całości tej książki

    OdpowiedzUsuń
  4. Katarzyna Stolarska

    Bardzo fajnie się zapowiada ��

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeśli mam podejść do tego poważnie, musisz mi obiecać, że nie dasz się zapłodnić nasieniem od jakiegoś dawcy spermy. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kasia Foltańska26 kwietnia 2020 17:37

    Super ❤

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciekawa pozycja do przeczytania

    OdpowiedzUsuń
  8. Ciekawie się czyta,jestem zaintrygowana co będzie dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Historia wciągająca czytelnika Dagmara Krajewska

    OdpowiedzUsuń
  10. widać że paniom książka się podoba

    OdpowiedzUsuń